Cytaty

"Pogodnie przyjmuję krzyż, który mi został ofiarowany, (ale) będziemy walczyć nadal o honor Pana naszego Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła świętego i niepokalanego... i nigdy nie pomylimy go z nową religią, która głosi szczęście ziemskie, uciechy, rewolucję i wolność wszelkich uczynków, która obala mszę, kapłaństwo, katechizm i wszystko, co nadprzyrodzone: to antyteza chrześcijaństwa"
ks. Coache

„Wszelka polityka, która nie jest Tradycją, jest z pewnością zdradą”
Arlindo Veiga dos Santos

„Pro Fide, Rege et Patria” – „Za Wiarę, Króla i Ojczyznę”
_________________________________________________

piątek, 30 października 2026

Czy po śmierci wszyscy idą do Nieba? O pogrzebach, które zamieniono w „kanonizacje”

„Jest już w lepszym świecie”, „patrzy na nas z góry”, „dołączył do grona aniołów” — takie zapewnienia słyszymy niemal przy każdej śmierci, bez względu na życie, jakie prowadził zmarły. Niekiedy wypowiadają je ludzie, którzy sami nie praktykują, nie uznają obowiązku zachowywania przykazań, a nawet otwarcie odrzucają naukę Kościoła; nie przeszkadza im to jednak z niezachwianą pewnością ogłaszać zbawienia krewnych i znajomych. W tej pocieszającej opowieści zabrakło miejsca na sąd Boży, czyściec i możliwość wiecznego potępienia, jak gdyby śmierć miała sama otwierać każdemu bramy Nieba. Katolik nie ma prawa wydawać takich wyroków, nie zna bowiem ostatniej chwili życia drugiego człowieka, jego sumienia ani rozstrzygnięcia Bożej sprawiedliwości. Nie powinien samowolnie ogłaszać zmarłego potępionym, ale nie wolno mu również samowolnie zapewniać, że zmarły już ogląda Boga.

Chrześcijańska nadzieja każe polecać duszę miłosierdziu Bożemu; zarozumiała pewność prowadzi do samowolnego ogłaszania, że zmarły już przebywa w Niebie i naszej pomocy nie potrzebuje. Jest w tym pycha człowieka, który własnym zapewnieniem zastępuje nieznany mu wyrok Boży. Złudzenie to służy zamiarom szatana: odciąga żyjących od modlitwy za zmarłych, pozbawiając dusze czyśćcowe pomocy, którą mogliby im przynieść. Dusz tych nie może już zagarnąć do piekła, lecz zaniedbanie modlitwy pozostawia je bez naszego wsparcia w cierpieniu. Różnica między chrześcijańską nadzieją a zuchwałą, samowolną pewnością zbawienia ma zatem zasadnicze znaczenie właśnie dla tych, których kochaliśmy i którym po śmierci pragniemy jeszcze służyć.

czwartek, 29 października 2026

Hołd ruski. Carowie Szujscy przed majestatem króla Polski na Sejmie Warszawskim

29 października 1611 roku Warszawa stała się miejscem jednej z najbardziej niezwykłych uroczystości w dziejach Rzeczypospolitej. Hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski, powracający ze zwycięskiej wyprawy moskiewskiej, wjechał triumfalnie do stolicy, prowadząc ze sobą zdetronizowanego cara Wasyla IV Szujskiego oraz jego braci: Dymitra, dowodzącego wojskami moskiewskimi pod Kłuszynem, i Iwana. Ulicami miasta stołecznego pochód dotarł do Zamku Królewskiego, gdzie w sali senatorskiej oczekiwali król Polski Zygmunt III Waza, królewicz Władysław, senatorowie oraz posłowie zgromadzeni na sejmie.

W poprzednich częściach naszego cyklu przypomnieliśmy wkroczenie wojsk Rzeczypospolitej do Moskwy, rozpoczęte w nocy z 20 na 21 września 1610 roku, oraz uroczyste przybycie hetmana Żółkiewskiego na Kreml w październiku. Warszawska ceremonia była dopełnieniem tamtych wydarzeń i widzialnym znakiem potęgi, jaką osiągnęła wówczas Rzeczpospolita.

Hołd Szujskich — 29 października 1611 roku Zdetronizowany car moskiewski przed majestatem króla Polski

środa, 28 października 2026

W 78. rocznicę śmierci bp. Stanisława Kostki Łukomskiego — pasterza niezłomnego

Bp Stanisław Kostka Łukomski — Pasterz niezłomny. 78. rocznica śmierci, 28 października 1948–2026

28 października 1948 roku zmarł w Warszawie Stanisław Kostka Łukomski, biskup łomżyński, wieloletni sekretarz Episkopatu Polski i nieprzejednany przeciwnik bezbożnego komunizmu. Odszedł zaledwie sześć dni po kard. Auguście Hlondzie, w następstwie katastrofy samochodowej podczas powrotu z pogrzebu Prymasa. W siedemdziesiątą ósmą rocznicę jego śmierci przypominamy postać Pasterza niezłomnego, który rozumiał, że obowiązkiem biskupa jest strzec powierzonej mu owczarni, bronić praw Kościoła i przeciwstawiać się złu, choćby ceną miały być oszczerstwa, prześladowanie i osobiste niebezpieczeństwo, a nawet śmierć. Wierność Chrystusowi wykluczała dla niego uległość wobec Jego wrogów, a miłość Ojczyzny — posłuszeństwo narzuconej jej obcej przemocy.

Urodzony 21 października 1874 roku w Borku, na ziemiach pozostających pod zaborem pruskim, wyrastał w czasach walki o zachowanie polskiej mowy i katolickiego wychowania. Święcenia kapłańskie przyjął w 1898 roku. Jako współpracownik abp. Floriana Stablewskiego, a następnie proboszcz w Koźminie, łączył duszpasterstwo z pracą społeczną i oświatową: organizował stowarzyszenia, wspierał spółdzielczość, rozwijał życie parafialne i troszczył się o młodzież. Po odzyskaniu niepodległości uczestniczył w organizowaniu polskiego szkolnictwa i Uniwersytetu Poznańskiego. W 1920 roku został biskupem pomocniczym poznańskim, a w 1926 roku objął diecezję łomżyńską. Rozwijał w niej Akcję Katolicką, katolickie stowarzyszenia młodzieży i prasę, przekonany, że trwałość życia narodowego wymaga wychowania kolejnych pokoleń w Wierze i odpowiedzialności za Ojczyznę. W latach 1926–1946 pełnił również funkcję sekretarza Episkopatu Polski, należąc do najważniejszych współpracowników Prymasa Hlonda.[1]

wtorek, 27 października 2026

Wreszcie pomnik gen. Rozwadowskiego w Warszawie. Hołd dla Niezłomnego Bohatera, którego próbowano wymazać z historii

Gen. Tadeusz Jordan-Rozwadowski — Obrońca Lwowa. Architekt zwycięstwa 1920 roku. Odsłonięcie pomnika w Warszawie, 26 października 2026

Kompozycja ilustracyjna opracowana przy użyciu AI na podstawie fotografii pomnika i uroczystości jego odsłonięcia.

Wczoraj, 26 października przed siedzibą Sztabu Generalnego Wojska Polskiego w Warszawie odsłonięto pomnik gen. broni Tadeusza Jordan-Rozwadowskiego — pierwszego szefa Sztabu Generalnego odrodzonej Rzeczypospolitej, obrońcy polskiego Lwowa i jednego z najwybitniejszych polskich dowódców. Niemal sto lat po śmierci Generał doczekał się wreszcie pomnika w stolicy, którą ocalił przed bolszewicką nawałą. W roku 160. rocznicy jego urodzin i na dwa lata przed stuleciem śmierci oddano należny hołd człowiekowi, którego sanacja prześladowała i odsuwała w cień kultu Piłsudskiego, a komunistyczna propaganda reżimu PRL skazywała na zapomnienie jako pogromcę bolszewików. Monument autorstwa Zbigniewa Mikielewicza odsłonili Wicepremier RP i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz, szef Sztabu Generalnego WP gen. Wiesław Kukuła oraz wnuczka Generała, Melanie Josephine Jordan-Rozwadowska Brencons. W ramach uroczystości odbyło się również poświęcenie pomnika. To pierwsze tego typu uhonorowanie Generała w Polsce.

W odczytanym liście Prezydent Rzeczypospolitej Karol Nawrocki nazwał gen. Rozwadowskiego „genialnym strategiem i niezłomnym żołnierzem”, przypominając, że dzięki zwycięstwu w Bitwie Warszawskiej Europa została ocalona przed bolszewizmem. Gen. Wiesław Kukuła podkreślił natomiast wierność Generała złożonej przysiędze wojskowej podczas zamachu majowego i niesprawiedliwe uwięzienie za obronę legalnych władz. Przypomniał również próby usunięcia go z narodowej pamięci, wyrażając przekonanie, że pomnik będzie dowodem, iż „te podłe wysiłki poszły na marne”. Słowa potępienia sanacyjnych represji padły zatem z ust najwyższego rangą dowódcy Wojska Polskiego, przed siedzibą sztabu, który tworzył i którym kierował prześladowany Generał. Być może jest to zwiastun demontażu bezrefleksyjnego kultu Piłsudskiego w Wojsku Polskim, w którym przez dziesięciolecia przedstawiano Marszałka jako postać niepodlegającą krytyce. Za doprowadzenie do odsłonięcia pomnika należy pochwalić wszystkich jego inicjatorów, w tym również Władysława Kosiniaka-Kamysza, prezesa PSL i ministra obrony narodowej.

poniedziałek, 26 października 2026

Czy większość może ustanowić bezprawie? Przeciwko ustawom aborcyjnym — apel o prezydenckie weto

Dziecko na tle sali Sejmu. Większość nie usprawiedliwia zbrodni — apel o prezydenckie weto.

Ilustracja publicystyczna wykonana przy użyciu AI.

Większość parlamentarna może uchwalić ustawę, lecz nie może przemienić zbrodni w dobro ani odebrać niewinnemu człowiekowi prawa do życia. Głosowanie nie rozstrzyga o prawdzie, dobru ani prawie Bożym, a legalne uchwalenie przepisu nie czyni go automatycznie sprawiedliwym. Żadna liczba podniesionych rąk, żaden wynik głosowania i żadne zapewnienia o „postępie” nie nadają władzy państwowej uprawnienia do rozporządzania życiem tych, którzy nie potrafią się bronić. Sejm, który zamiast chronić najsłabszych rozszerza możliwość ich zabijania i usuwa odpowiedzialność za udział w tym procederze, sprzeniewierza się podstawowemu obowiązkowi państwa. To właśnie w takim świetle należy ocenić dwie ustawy uchwalone 20 października 2026 roku — przywracającą tzw. przesłankę eugeniczną, czyli dopuszczającą zabijanie dzieci poczętych z powodu ich choroby lub niepełnosprawności, oraz przewidującą częściową dekryminalizację aborcji i pomocy w jej dokonaniu. Uchwała Sejmu nie zakończyła jeszcze procesu ustawodawczego; tym większego znaczenia nabiera obowiązek powstrzymania tych zmian, zanim wejdą w życie.

Nie chodzi tutaj o drugorzędny spór światopoglądowy, w którym można poszukiwać wygodnego rozwiązania pośredniego. Tu nie ma miejsca na żaden zgniły kompromis! Przedmiotem decyzji jest życie konkretnego człowieka, któremu odbiera się ochronę z powodu etapu rozwoju, stanu zdrowia lub decyzji innych osób. Prawo do życia nie pochodzi od Sejmu, rządu ani matki dziecka. Władza zastaje je jako obowiązującą granicę własnego działania; jej zadaniem jest zapewnić mu ochronę, a nie ustalać, komu wolno jeszcze żyć. Jeżeli uznamy, że większość może wyłączyć spod tej ochrony jedną kategorię niewinnych ludzi, pozostanie już tylko polityczny spór o to, którą kategorię wyłączy następnym razem. Demokracja nie zwalnia rządzących z odpowiedzialności za stanowione bezprawie, a obywateli nie zobowiązuje do uznawania zła za dobro. Większość może się mylić, ulegać propagandzie i popierać zbrodnicze rozwiązania; jej przewaga liczebna nie usprawiedliwia krzywdy. Dlatego również Prezydent nie może zasłaniać się szacunkiem dla decyzji parlamentu, gdy przedkłada mu się ustawę wymierzoną w niewinne życie. Granicą władzy większości pozostaje sprawiedliwość, której żadna procedura nie może zastąpić.

piątek, 23 października 2026

Węgry 1956–2026. W 70. rocznicę antykomunistycznego powstania

Węgry 1956–2026. Grafika rocznicowa z powstańcami na czołgu i węgierską flagą.

Grafika rocznicowa opracowana przy użyciu AI na podstawie fotografii historycznej.

Siedemdziesiąt lat temu Naród Węgierski chwycił za broń przeciwko komunistycznej tyranii, podejmując nierówną walkę o wolność ojczyzny i prawo do życia bez sowieckiego jarzma. Na ulicach Budapesztu młodzi ludzie, robotnicy i studenci stawali naprzeciw czołgów, dowodząc własną krwią, że narodu nie można bez końca upokarzać, prześladować i zmuszać do posłuszeństwa obcej przemocy. Powstanie rozpoczęte 23 października 1956 roku było jednym z najwspanialszych świadectw antykomunistycznego oporu w powojennej Europie — zrywem heroicznym, którego skala i bezkompromisowość również w Polsce, pomimo krwawej walki podziemia niepodległościowego i kolejnych wystąpień przeciwko reżimowi, nie znalazły wówczas odpowiednika. W jego siedemdziesiątą rocznicę należy oddać należną cześć tym, którzy przeciwko potędze sowieckiego imperium wystąpili z bronią w ręku, w obronie własnego narodu i jego przyszłości.

Początek wydarzeniom dały demonstracje studenckie, zorganizowane 23 października 1956 roku również na znak solidarności z Polską. W Budapeszcie zgromadzono się pod pomnikiem gen. Józefa Bema, a żądania reform i wycofania wojsk sowieckich szybko połączyły ludzi różnych środowisk. Kiedy doszło do zbrojnej konfrontacji z aparatem bezpieczeństwa, protest przerodził się w powstanie. Do walki stanęli studenci, robotnicy i żołnierze; szczególnym symbolem zrywu pozostali młodzi obrońcy budapeszteńskich ulic, przeciwstawiający się czołgom z bronią ręczną i butelkami zapalającymi. Sowiecka interwencja rozpoczęła się już w pierwszych dniach wystąpienia, lecz opór Węgrów przyniósł chwilowe ustępstwa i nadzieję na odzyskanie niezależności.

czwartek, 22 października 2026

Michał Mikłaszewski: Krzyż wobec świętokradztwa Novus Ordo. O karze Bożej i „ohydzie spustoszenia”

Komiksowa ilustracja na podstawie kadru transmisji z Guayaquil: spadający krucyfiks nad duchownym stojącym przy stole.

Ilustracja publicystyczna opracowana przy użyciu AI na podstawie kadru transmisji z Guayaquil.

Przywykliśmy już niestety do widoku katolickich świątyń, w których katolicką Wiarę zastąpiono religią dostosowaną do potrzeb współczesnego człowieka, a Najświętszą Ofiarę — obrzędem mającym przede wszystkim zadowolić zgromadzonych uczestników. Pozostały dawne mury, obrazy i figury świętych, gdzieniegdzie ocalał nawet wielki ołtarz, przed którym modliły się całe pokolenia naszych przodków; zmieniono jednak to, dla czego owe świątynie wzniesiono i czemu wszystko w ich wnętrzu miało służyć. Krzyż nadal góruje nad prezbiterium, lecz pod nim odprawia się obrzęd będący owocem zerwania z Tradycją, protestantyzacji kultu i podporządkowania spraw Bożych ludzkim upodobaniom. Przyzwyczajenie do tego stanu rzeczy posunęło się tak daleko, że samo nazwanie go po imieniu wywołuje większe oburzenie niż świętokradztwo, które od dziesięcioleci dokonuje się na naszych oczach.

17 października 2026 roku Patricio Alfredo Sánchez Molinari, 53-letni redemptorysta i „proboszcz” parafii Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Guayaquil w Ekwadorze, podczas „przewodniczenia” obrzędowi Novus Ordo został uderzony przez spadający drewniany krucyfiks i poniósł śmierć. Zdarzenie zarejestrowano podczas transmisji na żywo; wiadomość o śmierci potwierdziły następnie miejscowe struktury archidiecezjalne. Według doniesień prasowych wszczęto dochodzenie mające wyjaśnić okoliczności wypadku, natomiast przyczyna oderwania się krucyfiksu pozostaje nieustalona. Widok krzyża spadającego na człowieka odprawiającego sfałszowaną „mszę” rodzi jednak pytanie, którego wielu wolałoby w ogóle nie usłyszeć: czyżby Pan wreszcie miał dość wzywania Jego Imienia podczas bluźnierczego, świętokradczego i bałwochwalczego obrzędu, który przedstawia się wiernym jako katolicką Mszę świętą?

W 78. rocznicę śmierci Prym. Augusta kard. Hlonda

22 października 1948 roku zmarł w Warszawie August kard. Hlond, Prymas Polski, salezjanin i jeden z najwybitniejszych pasterzy polskiego Kościoła w XX wieku. W siedemdziesiątą ósmą rocznicę jego śmierci przypominamy postać hierarchy, dla którego służba Ojczyźnie była nierozerwalnie związana z wiernością Wierze Katolickiej. Polska miała być chrześcijańska w swoim prawodawstwie, wychowaniu, życiu rodzinnym i publicznym; katolicyzm zobowiązywał naród do czegoś więcej niż zachowywania odziedziczonych obyczajów. Prymas rozumiał swój urząd jako odpowiedzialność za dusze oraz za moralny kierunek życia narodowego, wyrażając ją salezjańską dewizą: Da mihi animas, caetera tolle — „Daj mi dusze, resztę zabierz”.

Urodzony w 1881 roku w Brzęczkowicach, wychowany w polskiej rodzinie na Śląsku, przeszedł drogę od zakonnego wychowawcy do pierwszego biskupa katowickiego, a następnie arcybiskupa gnieźnieńskiego i poznańskiego oraz Prymasa Polski. Urząd prymasowski objął w 1926 roku; rok później otrzymał godność kardynalską. W odrodzonej Rzeczypospolitej rozwijał Akcję Katolicką, wspierał prasę i katolickie organizacje społeczne, a w 1932 roku powołał Towarzystwo Chrystusowe dla Wychodźców, znane dziś jako Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej. Troska o emigrantów wypływała z przekonania, że opuszczenie kraju nie powinno oznaczać utraty Wiary, języka, tożsamości i więzi z narodem.

Polska pod prawem Bożym

Szczególne miejsce w dziedzictwie Prymasa zajmuje list pasterski O chrześcijańskie zasady życia państwowego z 23 kwietnia 1932 roku. „Państwo jest od Boga, ale nie jest Bogiem” — przypominał kard. Hlond, wskazując tym samym granicę wszelkich roszczeń władzy. Państwo nie ustanawia moralności według własnego upodobania; samo podlega prawu przyrodzonemu i Dekalogowi, których nie może uchylać ani zmieniać stanowionymi przez siebie ustawami. Nie może usprawiedliwiać zła interesem politycznym, narzucać rodzinie wychowania sprzecznego z Wiarą ani traktować obywatela jako narzędzia własnej potęgi. Wzywając katolików do udziału w sprawach państwowych, Prymas przestrzegał przed pozostawieniem ich środowiskom liberalnym i wolnomyślnym. Domagał się uczciwości, sumienności, męstwa i ofiarnej służby narodowej; nie dawał przyzwolenia na odkładanie zasad moralnych na bok wraz z przekroczeniem progu urzędu, objęciem mandatu poselskiego czy stanowiska w rządzie.

środa, 21 października 2026

Bp Piotr Roy: Unam Sanctam — Podsumowanie pierwszych sześciu miesięcy

Bp Piotr Roy na tle symbolicznej kompozycji z Bazyliką św. Piotra — Unam Sanctam, pierwsze sześć miesięcy

Bp Piotr Roy. Kompozycja ilustracyjna z wykorzystaniem fotografii biskupa i tła opracowanego przy użyciu AI.

Od redakcji Tenete Traditiones: Publikujemy list bp. Piotra Roya z 21 października 2026 r., poświęcony pierwszym sześciu miesiącom działalności inicjatywy Unam Sanctam. Autor przedstawia dotychczasowe osiągnięcia, omawia reakcje poszczególnych środowisk i wskazuje perspektywy dalszej pracy na rzecz przezwyciężenia kryzysu w Kościele. Jak sam zaznacza, list wyraża jego osobiste przemyślenia. Polska wersja zamieszczona na stronie inicjatywy została poddana nieznacznej korekcie językowej i terminologicznej w porównaniu z wersjami francuską i angielską, z zachowaniem treści oraz sensu wypowiedzi autora.

Do wszystkich biskupów, kapłanów, pozostałych duchownych, osób zakonnych i świeckich, którzy popierają inicjatywę Unam Sanctam

Do wszystkich, którzy z zainteresowaniem i życzliwością śledzą inicjatywę Unam Sanctam

Drodzy Przyjaciele,

Jako jedna z osób publicznie występujących w obronie inicjatywy Unam Sanctam, a zarazem jako ktoś, kto aktywnie uczestniczył w tworzeniu tego ruchu wraz z innymi duchownymi i licznymi świeckimi, chciałbym w niniejszym liście podsumować wysiłki pierwszych sześciu miesięcy oraz przedstawić moje skromne spojrzenie na przyszłość tej inicjatywy.

Chciałbym przede wszystkim przypomnieć, że choć moja skromna osoba była na wiele sposobów kojarzona z inicjatywą Unam Sanctam, nie jestem jedynym przedstawicielem tego ruchu. Od samego początku ustalono, że inicjatywa ta nie może być osobistym przedsięwzięciem, lecz musi stanowić wezwanie rozproszonego Kościoła; że poszczególne osoby powinny, na ile to możliwe, usuwać się w cień wobec zagrożonego dobra wspólnego. Tych kilka słów, które do Was kieruję, wyraża zatem moje osobiste przemyślenia na ten temat i nic więcej.

środa, 14 października 2026

Michał Mikłaszewski: Kara śmierci jest sprawiedliwa i potrzebna. Przeciwko fałszywemu miłosierdziu

Kamienna alegoria sprawiedliwości z opaską na oczach, mieczem i wagą

Alegoria sprawiedliwości — miecz i waga jako atrybuty władzy sądowej.

Dziesięć lat temu, w artykule „Kiedy chrześcijaninowi wolno jest zabić człowieka?”, opublikowanym pierwotnie na portalu Kierunki.info, wyjaśniłem już, dlaczego kara śmierci nie jest sprzeczna ani z piątym przykazaniem, ani z chrześcijańskim miłosierdziem. Ostatnie wydarzenia w Stanach Zjednoczonych każą jednak powrócić do tego zagadnienia, którego znaczenie bynajmniej nie ogranicza się do sporów o amerykańskie ustawodawstwo. Nieudana egzekucja Christy Pike oraz zapowiedź rozstrzelania Nidala Hasana wywołały kolejną falę protestów przeciwko najwyższej karze; po raz kolejny cierpienie skazanych morderców zajmuje w tych protestach więcej miejsca niż sprawiedliwość należna ich ofiarom. W ciągu minionej dekady posoborowy kościół posunął się przy tym jeszcze dalej w swoim odstępstwie, oficjalnie potępiając karę, której moralną dopuszczalność Kościół katolicki przez wieki jasno potwierdzał.

Nie dziwi mnie sprzeciw lewicy i liberałów. Dziwić może natomiast łatwość, z jaką ludzie uważający się za katolików przyjmują ich argumentację i przedstawiają ją jako rzekomy wymóg chrześcijaństwa. Czyżby sprawiedliwość przestała być cnotą? Czy miłość bliźniego nakazuje nam współczuć przede wszystkim temu, kto świadomie odebrał drugiemu człowiekowi życie, a następnie walczyć o uwolnienie go od zasłużonej kary? Współczucie dla zbrodniarza nie uprawnia przecież do pomniejszania jego winy, a troska o jego zbawienie nie wymaga, aby oszczędzono mu sprawiedliwej odpłaty. Morderca odpowiada za własne czyny, państwo zaś ma obowiązek go osądzić i sprawiedliwie ukarać, zamiast uchylać się od wymierzenia należnej kary pod wpływem współczucia, które tak łatwo znajduje dziś drogę do sprawcy, a tak często omija jego ofiary. W przypadku najcięższych, świadomie popełnionych i bezspornie udowodnionych zbrodni jedyną karą proporcjonalną może i powinna być kara główna. Nie ma powodu, aby katolik tłumaczył się z uznawania zasady, której przez wieki nauczał i bronił jego Kościół w swym oficjalnym i ostatecznym Magisterium, ani aby wyrzekał się jej tylko dlatego, że współczesny świat uznał surowość wobec zbrodniarza za rzecz bardziej oburzającą niż bezkarność zbrodni.