Tatry uczą pokory. Historia jednego spontanicznego spaceru
Laudate Dominum in operibus eius.
„Chwalcie Pana w dziełach Jego.” (Ps 150, 2)
„Przejdźmy jeszcze do kapliczki, bo dawno nie byłem.”
To było jedno z tych zdań, które wypowiada się zupełnie spontanicznie, nie przypuszczając nawet, że za kilka minut nabierze ono zupełnie innego znaczenia.
Tegoroczny urlop w Tatrach obfitował w wiele pięknych chwil, jednak wydarzenie z sobotniego wieczoru pozostanie w mojej pamięci prawdopodobnie już na zawsze.
Od samego rana pogoda nie rozpieszczała. Gęste chmury, ulewny deszcz i niska podstawa chmur skutecznie pokrzyżowały nasze plany zdobywania szczytów. Nie pozostało więc nic innego, jak pogodzić się z sytuacją. Po południu wraz z kolegą postanowiliśmy wybrać się jedynie na spokojny spacer do Schroniska na Polanie Chochołowskiej. Kawa i szarlotka wydawały się całkiem dobrym pomysłem na zakończenie dnia.
Wracając doliną, powiedziałem:
— Przejdźmy jeszcze do kapliczki, bo dawno nie byłem.
Nie przypuszczałem wówczas, że będzie to najlepsza decyzja całego dnia.
„Bo z wielkości i piękności stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę.”(Mdr 13, 5)
Pierwsze spotkanie
Kilka minut później zauważyłem ruch na skraju lasu. Najpierw dostrzegłem dużego niedźwiedzia. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nie jest sam. Towarzyszyły mu trzy młode. Tak, trzy.
Była to niedźwiedzica z trójką młodych, spokojnie żerująca zaledwie około 150–200 metrów od schroniska, tuż przy ścieżce prowadzącej do kapliczki św. Jana Chrzciciela. Odległość dzieląca nas wynosiła zaledwie kilkanaście metrów. W tamtej chwili wszystko inne przestało mieć znaczenie.
Przez wiele lat, wędrując po Tatrach, gdzieś z tyłu głowy nosiłem marzenie, aby kiedyś spotkać niedźwiedzia w jego naturalnym środowisku. Jednocześnie – jak chyba każdy turysta – odczuwałem przed takim spotkaniem pewien respekt. Wyobraźnia często podpowiada różne scenariusze. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna.
To my jesteśmy gośćmi
Kiedy zobaczyłem niedźwiedzicę z trójką młodych, nie czułem strachu. Czułem przede wszystkim ogromny szacunek. Wiedziałem, że znajduję się na terenie, który nie należy do mnie. To ja byłem gościem.
Nie próbowałem podejść bliżej. Nie szukałem lepszego kadru za wszelką cenę. Zatrzymałem się i obserwowałem. Mówiłem normalnym, spokojnym głosem do osób znajdujących się obok, aby zwierzęta wiedziały o naszej obecności. Najgorszą rzeczą, jaka może wydarzyć się podczas takiego spotkania, jest zaskoczenie niedźwiedzia z bliskiej odległości.
Niedźwiedzica kilkakrotnie spojrzała w moją stronę. To był dobry znak. Wiedziała, że tam jestem. Nie uznała jednak ani mnie, ani pozostałych turystów za zagrożenie dla siebie i swoich młodych.
Gdyby w jakikolwiek sposób okazała niepokój – stanęła na tylnych łapach, zaczęła iść w moją stronę lub wysłała inne sygnały ostrzegawcze – spokojnie oddaliłbym się, zwiększając dystans.
Nic takiego jednak nie nastąpiło. Przez kilkanaście minut mogliśmy obserwować rodzinę największego drapieżnika Polski żyjącą swoim naturalnym rytmem.
Było to jedno z tych doświadczeń, które pozostawiają w człowieku nie tyle adrenalinę, ile głęboki spokój. Dopiero później uświadomiłem sobie coś jeszcze.
Przez lata wyobrażałem sobie takie spotkanie. Gdzieś podświadomie marzyłem, aby kiedyś zobaczyć niedźwiedzia w Tatrach, choć jednocześnie towarzyszył temu pewien respekt. Kiedy jednak w końcu do niego doszło, okazało się, że strach istniał jedynie w wyobraźni. W rzeczywistości był tylko spokój. Wiedziałem, jak należy się zachować, a niedźwiedzica swoim zachowaniem wyraźnie pokazywała, że nie odbiera mnie jako zagrożenia.
Niedźwiedzia rodzina
Największe wrażenie zrobiły na mnie młode.
Były niezwykle ruchliwe, co chwilę znikały w wysokiej trawie, by po chwili pojawić się kilka metrów dalej. Niedźwiedzica spokojnie żerowała, jednocześnie nieustannie kontrolując otoczenie i pilnując swoich podopiecznych.
Było w tym coś niezwykle harmonijnego. Nie było agresji. Nie było strachu.
Była jedynie dzika przyroda żyjąca własnym rytmem.
W takich chwilach człowiek bardzo wyraźnie uświadamia sobie, że stworzenie funkcjonuje według porządku ustanowionego przez Boga i nie potrzebuje naszej ingerencji.
Chwila, której nie da się zapomnieć
Po pewnym czasie niedźwiedzia rodzina postanowiła zmienić miejsce.
Spokojnym krokiem zeszła z polany i przecięła główną drogę prowadzącą przez Dolinę Chochołowską. Ten widok był chyba najbardziej niezwykły.
Z jednej strony turyści, schronisko i bacówki. Z drugiej – niedźwiedzica prowadząca swoje trzy młode przez środek doliny. To właśnie wtedy najmocniej dotarło do mnie, jak bardzo mylimy się, mówiąc czasem o „zdobywaniu” gór.
Nie. To nie my jesteśmy gospodarzami Tatr. To my jesteśmy tutaj gośćmi. I chyba właśnie wtedy człowiek najpełniej uczy się pokory.
Tatry uczą pokory
W ostatnich latach bardzo często mówi się o „zdobywaniu” gór. Zdobywamy szczyty. Zdobywamy korony. Zdobywamy kolejne cele.
Tymczasem Tatry uczą czegoś zupełnie innego. Uczą pokory.
Pokazują, że nawet najbardziej szczegółowo zaplanowany dzień może potoczyć się zupełnie inaczej, niż zakładaliśmy. Tego dnia nie zdobyliśmy żadnego szczytu. Deszcz zmusił nas do zmiany planów. Gdyby pogoda dopisała od rana, prawdopodobnie nigdy nie znaleźlibyśmy się w tym miejscu o tej właśnie porze.
A jednak to właśnie ten pozornie „stracony” dzień przyniósł jedno z najpiękniejszych wspomnień całego urlopu. Może właśnie dlatego góry uczą pokory. Nie wszystko zależy od naszych planów. Nie wszystko można przewidzieć. Nie wszystko da się zdobyć.
Najcenniejsze chwile często przychodzą wtedy, gdy po prostu potrafimy zatrzymać się, rozejrzeć wokół i z wdzięcznością przyjąć to, co przygotowała dla nas Boża Opatrzność.
„Albowiem niewidzialne Jego przymioty od stworzenia świata poznane bywają przez to, co uczynione jest...”(Rz 1, 20 – przekład ks. Jakuba Wujka)
Wracając doliną, długo myślałem o wydarzeniach minionej godziny.
Przez lata miałem szczęście obserwować kozice, świstaki, jelenie i wielu innych mieszkańców Tatr. Zaledwie kilka dni wcześniej, w Dolinie Pańszczycy, spotkałem liczne stado kozic, w tym kilka matek z młodymi. Było to również niezwykłe doświadczenie.
Spotkanie z niedźwiedzią rodziną było jednak spełnieniem jednego z moich górskich marzeń. Wygląda więc na to, że na mojej liście pozostał już tylko jeden mieszkaniec tatrzańskich lasów – ryś. Z tym jednak nie będę się spieszył. Tatry przez lata nauczyły mnie jednego. Najpiękniejszych chwil nie da się zaplanować.
Nie zdobyliśmy tego dnia żadnego szczytu. Poranny deszcz pokrzyżował nasze plany i sprawił, że zrezygnowaliśmy z ambitniejszej wycieczki. Wróciliśmy jednak bogatsi o doświadczenie, którego nie sposób było przewidzieć. Być może właśnie dlatego Tatry od lat uczą mnie nie tylko wytrwałości, ale przede wszystkim pokory. Laudate Dominum in operibus eius.
Michał Mikłaszewski, redaktor naczelny
15 lipca AD 2026




.png)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz