Na Cmentarzu Lipowym w Gliwicach jest grób, od którego, odkąd pamiętam, zaczynaliśmy rodzinne odwiedziny. Niedaleko głównej bramy od ulicy Lipowej spoczywa mój pradziadek, Ludwik Mikłaszewski, wraz ze swoją drugą żoną, Ludwiką, oraz ich córką, Barbarą. Położenie mogiły sprawiało, że przychodziliśmy tutaj najpierw. Tak zapamiętałem ten cmentarz: od grobu człowieka, którego nigdy nie spotkałem, lecz o którym wiedziałem, że był Obrońcą Lwowa — jednym z Lwowskich Orląt.
Ja znam go jedynie z rodzinnych opowieści, fotografii i zachowanego dyplomu potwierdzającego odznaczenie Krzyżem Obrony Lwowa. Los samego Krzyża pozostaje nieznany — nie ma go wśród zachowanych rodzinnych pamiątek. Przetrwał jednak dokument wystawiony na nazwisko pradziadka, świadczący o jego udziale w obronie miasta i uznaniu dla poniesionych wówczas trudów. Od dziecka mogłem też przyjść na jego grób. Nazwisko wyryte na nagrobku było moim własnym nazwiskiem, a opowieść o obronie polskiego Lwowa dotyczyła kogoś z mojej najbliższej rodziny.
Lwowskie Orlę z rodzinnych opowieści
Właśnie 1 listopada 1918 roku rozpoczęła się Obrona Lwowa. Gdy oddziały ukraińskie zajęły najważniejsze obiekty w mieście, polscy mieszkańcy chwycili za broń. Wśród obrońców znaleźli się uczniowie i studenci, młodzież, której ofiarność na zawsze związała nazwę Lwowskich Orląt z walką o polskość miasta. Dla nich Lwów był domem, miejscem dorastania i częścią Ojczyzny, której nie zamierzali tak po prostu oddawać.[1]
Jednym z tych obrońców był wówczas dwudziestoletni Ludwik Mikłaszewski, syn Tomasza. Został ranny, odznaczono go Krzyżem Walecznych i Krzyżem Obrony Lwowa. Tych kilka zachowanych wiadomości ma dla mnie szczególne znaczenie, choć nie wystarcza do odtworzenia całego jego wojennego losu. Nie wiem przecież, co myślał w chwili zagrożenia ani jak po latach wspominał walkę. Nie mogłem go o to zapytać. Pozostały świadectwa jego udziału i świadomość, że wśród ludzi, którym zawdzięczamy obronę polskiego miasta, był także mój pradziadek.
Myślę przy tej okazji również o pierwszej żonie Ludwika, mojej prababci Władysławie z Barankiewiczów. Mój dziadek Zbigniew, najstarszy syn Ludwika, urodził się w Mszanie koło Lwowa w 1924 roku. Prababcia zmarła we Lwowie w 1930 roku, mając zaledwie dwadzieścia osiem lat. Pozostawiła trzech małych synów: Zbigniewa, Tadeusza i Ryszarda. Mój dziadek miał wtedy około sześciu lat, jego bracia byli jeszcze młodsi. Nie dane im było długo zaznać matczynej opieki; mnie zaś dzieli od jej życia już niemal całe stulecie. Prababcię pochowano na Cmentarzu Janowskim we Lwowie. Jej grób nie przetrwał do naszych czasów. Nie możemy więc odwiedzić go tak, jak odwiedzamy mogiłę pradziadka w Gliwicach. Pozostało imię, wiadomość o krótkim życiu i miejsce pochówku, którego nie wskazuje już zachowany nagrobek. W rodzinnej pamięci Władysława ma jednak nadal swoje miejsce — jako żona, matka trzech synów, babcia mojego ojca i moja prababcia.
Zachował się natomiast grób jej matki, Bronisławy Klotyldy Barankiewicz-Beer z domu Wenger, który znajduje się na cmentarzu komunalnym w Jarosławiu. Byłem tam z Tatą podczas wakacji na Podkarpaciu, mając może trzynaście lub czternaście lat. Odwiedziliśmy wówczas mogiłę mojej praprababci. Wspomnienie tej wizyty wraca dziś ze szczególną wyrazistością, kiedy układam obok siebie wiadomości o przodkach i widzę, jak niewiele dzieli pamięć o człowieku od zapomnienia.
Po śmierci Władysławy pradziadek ożenił się po raz drugi, z Ludwiką. Ich córka Barbara urodziła się w kwietniu 1939 roku, tuż przed wojną.
Lwów wraz z pozostałymi ziemiami Kresów Wschodnich po wojnie został Polsce zagrabiony i wcielony do Związku Sowieckiego. W 1945 roku pradziadek wraz z rodziną został wypędzony z miasta przez sowieckich okupantów i osiadł w Gliwicach. Rodzinna pamięć o Lwowie przetrwała daleko od miasta, którego niegdyś bronił i w którym wiele lat żył.
Z lwowskiego życia rodzina przeniosła do Gliwic również związek z Politechniką. Pradziadek kontynuował na Politechnice Śląskiej pracę jako nauczyciel zawodu, a jego najstarszy syn, mój dziadek Zbigniew — studia rozpoczęte na Politechnice Lwowskiej. Na nagrobku Ludwika do dziś widnieje napis „nauczyciel zawodu Politechniki Śl.”. To krótki zapis kolejnego rozdziału jego życia, już po przymusowym opuszczeniu Lwowa.
Ci, których pamiętam, i ci, których nie poznałem
Pradziadek zmarł 29 maja 1967 roku, na długo przed moimi narodzinami. Mój Tata miał wówczas niespełna dziesięć lat i zachował własne wspomnienia o swoim dziadku. W Gliwicach dobiegło końca jego życie i tutaj znajduje się grób, który od dzieciństwa odwiedzałem.
Spośród rodzeństwa dziadka najlepiej pamiętam ciocię Basię, jego młodszą, przyrodnią siostrę. Do końca życia mieszkała w Gliwicach (podobnie jak mój dziadek), podczas gdy prastryj Tadeusz osiadł w Witostowicach na Dolnym Śląsku, a prastryj Ryszard w Krakowie. Ciocia nie wyszła za mąż i mieszkała razem z matką, Ludwiką, która zmarła w 1995 roku — w roku moich narodzin. Później pozostała sama w mieszkaniu po swoim ojcu.
Mojego dziadka Zbigniewa znałem dobrze, choć krótko: zmarł 11 września 2003 roku, gdy miałem osiem lat. Dopiero teraz, zestawiając rodzinne daty, dostrzegam podobieństwo. Tata miał niespełna dziesięć lat, kiedy stracił swojego dziadka; ja osiem, kiedy straciłem własnego. Obaj zdążyliśmy ich poznać, lecz byliśmy jeszcze dziećmi, gdy odeszli. Wielu pytań nie umieliśmy wówczas postawić, a gdy staliśmy się starsi, nie było już komu ich zadać. Dopiero z upływem lat człowiek zaczyna rozumieć, ile chciałby jeszcze usłyszeć od tych, których na tym świecie już zabrakło.
Ciocia Basia zmarła 31 stycznia 2024 roku i została pochowana wraz z rodzicami w tym samym grobie na Cmentarzu Lipowym. Jej śmierć oznaczała również utratę kogoś, kto znał pradziadka jako własnego ojca i pamiętał go z codziennego życia — podczas gdy mnie pozostały już tylko opowieści, fotografie i rodzinne pamiątki. Po śmierci cioci mój Tata wraz z kuzynami, dziećmi Ryszarda, szukał w mieszkaniu po pradziadku jego Krzyża Obrony Lwowa. Odznaczenia niestety nie odnaleziono i jego los pozostaje do dnia dzisiejszego nieznany. Zachował się jednak oryginalny dyplom, który do dziś jest rodzinnym świadectwem jego nadania.
Dlatego rocznica rozpoczęcia Obrony Lwowa łączy się dla mnie z rodzinnym grobem w Gliwicach. Kiedy czytam o Orlętach, mam przed oczami również jego nazwisko. A kiedy staję przy mogile pradziadka, wiem, że człowiek, który tam spoczywa, uczestniczył w wydarzeniach znanych mi ze szkolnych lekcji, książek i artykułów historycznych. W tym jednym miejscu historia Ojczyzny spotyka się z historią mojej rodziny: Obrona Lwowa była dla mnie od dzieciństwa również rodzinną opowieścią o pradziadku, którego nazwisko noszę i którego grób odwiedzam w moim rodzinnym mieście.
Pamięć i modlitwa
W uroczystość Wszystkich Świętych czcimy tych, którzy osiągnęli już chwałę Nieba. Odwiedzając w tych dniach rodzinne mogiły, zanosimy zarazem modlitwę za naszych zmarłych, których wspomnieniu Kościół poświęca szczególnie dzień następny. Przy grobie pradziadka myślę więc zarówno o jego zasługach dla Ojczyzny, jak i o tym, co winien jestem jemu oraz pozostałym przodkom: pamięć, wdzięczność i modlitwę za ich dusze.
Nie wszystkich znałem. O niektórych wiem niewiele, a ich życie potrafię opowiedzieć zaledwie kilkoma zdaniami. Wiem jednak, że byli, należeli do naszej rodziny, wychowywali dzieci, cierpieli i żegnali swoich bliskich. Tym większe znaczenie mają dla mnie zachowane fotografie, dokumenty i rodzinne opowieści, dzięki którym za imionami i datami mogę dostrzec konkretnych ludzi. Pradziadek bronił Lwowa; prababcia zmarła młodo, pozostawiając trzech małych chłopców; mój dziadek był jednym z nich. Mogę dziś przywołać ich imiona i polecić ich dusze Bogu.
Grób Ludwika, Ludwiki i Barbary nadal znajduje się niedaleko bramy głównej Cmentarza Lipowego. Ten sam, od którego zawsze zaczynaliśmy rodzinne odwiedziny. Chciałbym, aby wraz z pamięcią o nim przetrwała również pamięć o Władysławie, której mogiły już nie ma, i o wszystkich pozostałych zmarłych naszej rodziny, których groby pozostały na Kresach. Aby po nas także znalazł się ktoś, kto wspomni ich przed Bogiem.
Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju wiecznym. Amen.
Michał P. Mikłaszewski
Przypis historyczny
[1] Zob. Wojna z Ukraińcami o wschodnią Galicję, Instytut Pamięci Narodowej.
Materiały rodzinne
Rodzinne wspomnienia, fotografie, dyplom Krzyża Obrony Lwowa oraz inskrypcje nagrobne; zob. również materiał biograficzny i rodzinny na Tenete Traditiones.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.