Elekcjonizm, nie konklawizm
|
|
Łódź Piotrowa została zbudowana po to, by płynąć, a nie tkwić na mieliźnie.
|
Czym jest katolicki elekcjonizm?
W swoim artykule z 8 maja bieżącego roku roboczo określiłem ideę Niedoskonałego Soboru Powszechnego mianem „elekcjonizmu”. Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że termin ten wyjątkowo trafnie oddaje istotę całej koncepcji i być może zasługuje na szersze rozpowszechnienie. Sednem tej idei jest bowiem przekonanie, że Kościół musi posiadać w każdym czasie możliwość wyboru swojej widzialnej Głowy. Nie jest to jednak — jak próbują przedstawiać to niektórzy krytycy — żadna forma „konklawizmu”. Wyjaśniałem to już we wspomnianym artykule z 8 maja br. Od tamtego czasu czytelnicy Tenete Traditiones mogli również zapoznać się z szeregiem tłumaczeń materiałów publikowanych przez inicjatywę Unam Sanctam, w których J.E. x bp. Piotr Roy i inni duchowni szczegółowo przedstawiają założenia oraz cele Niedoskonałego Soboru Powszechnego. Zgodnie z prawem papieskim ostatniego katolickiego Papieża, J.Ś. Piusa XII, zwołanie kanonicznego konklawe jest obecnie niemożliwe. Co więcej, pozostaje ono niemożliwe nawet przy założeniu — którego sam nie podzielam — że modernistyczni „kardynałowie” są rzeczywistymi kardynałami Kościoła katolickiego. Zgromadzenia organizowane przez modernistów nie mogą być określane mianem konklawe choćby z tego względu, że nie spełniają podstawowych warunków przewidzianych przez obowiązujące prawo papieskie. Prawo ustanowione przez Piusa XII przewiduje bowiem określoną liczbę kardynałów elektorów, która od stuleci wynosi siedemdziesięciu. Dziś liczba modernistycznych elektorów jest niemal dwukrotnie większa. Oczywiście prawowity Papież posiadałby władzę zmiany takich przepisów. Problem polega jednak na tym, że żaden z posoborowych pretendentów nie jest prawowitym następcą św. Piotra, a więc nie posiada również jurysdykcji koniecznej do dokonywania tego rodzaju zmian. Nie mówimy więc o „konklawizmie”, lecz o próbie odpowiedzi na znacznie bardziej fundamentalne pytanie: w jaki sposób Kościół może w obecnych nadzwyczajnych okolicznościach skorzystać z przysługującego mu prawa do wyboru Papieża, skoro zwyczajny mechanizm przewidziany przez prawo kościelne przestał być możliwy do zastosowania.
Dlaczego nie jest to konklawizm?
Odpowiedź na to pytanie została już obszernie udzielona. Jeżeli więc ktoś mimo to używa wobec zwolenników Niedoskonałego Soboru Powszechnego określenia „konklawiści”, trudno nie odnieść wrażenia, że wynika to bardziej z uprzedzenia oraz chęci zdyskredytowania przeciwnika na starcie niż z rzeczywistej chęci podjęcia merytorycznej dyskusji. W praktyce bowiem oznacza to przypisywanie mu poglądów, których nie głosi, zamiast uczciwego odniesienia się do przedstawianych przez niego argumentów. Dokładnie o tego rodzaju zabiegach retorycznych, o tym wyszydzaniu i wyśmiewaniu każdego, kto odważy się poruszyć ten temat, mówił bp. Piotr Roy w swoim kazaniu z 1 stycznia 2026 roku. Taki zabieg niczym nie różni się od określania wszystkich zwolenników Tezy z Cassiciacum mianem „semi-lefebrystów” czy „quasi-lefebrystów”. Co prawda podobne określenie padło również w moim artykule z 8 maja, jednak odnosiło się ono nie tyle do zwolenników Tezy jako takich, lecz wyłącznie do hipotetycznego stanowiska, zgodnie z którym moderniści mieliby posiadać zwyczajną jurysdykcję do rządzenia Kościołem. Wydawało mi się wówczas, że nikt faktycznie takiego stanowiska nie zajmuje, dlatego nie kierowałem tych słów do żadnej konkretnej osoby. Dziś zaczynam mieć pewne wątpliwości, skoro niektórzy odebrali ten fragment tak osobiście. Podtrzymuję jednak to, co wówczas napisałem, ponieważ moją intencją nie było nikogo obrazić ani sugerować, że jest „mniej katolikiem” od innych. Trudno bowiem jednocześnie utrzymywać, że moderniści posiadają zwyczajną jurysdykcję do rządzenia Kościołem, a zarazem oburzać się na określenie takiego stanowiska mianem „semilefebryzmu”. Jak napisałem wówczas, nie byłby to nawet semi-lefebryzm, lecz po prostu lefebryzm w jego zasadniczym założeniu dotyczącym władzy kościelnej. Osobiście pozostaję jednak przekonany, że większość zwolenników Tezy nic takiego nie uważa. W rzeczywistości różnice między nami są prawdopodobnie znacznie mniejsze, niż mogłoby się wydawać na podstawie internetowych polemik. Ostatecznie zgadzamy się przecież, jak myślę, co do rzeczy najważniejszej: że Stolica Apostolska faktycznie pozostaje obecnie wakująca.
Dlaczego nie ma to nic wspólnego z palmarianizmem?
Jeszcze bardziej absurdalne są porównania zwolenników Niedoskonałego Soboru Powszechnego do sekty palmariańskiej. W rzeczywistości mamy tu do czynienia z dwoma zjawiskami, które łączy jedynie fakt, że powstały w okresie posoborowego kryzysu Kościoła. Palmarianie nie byli przecież nawet konklawistami. Mamy tu do czynienia z zupełnie innym zjawiskiem — z ruchem mistycystycznym. Początkiem tego ruchu nie był Niedoskonały Sobór Powszechny ani jakakolwiek próba rozwiązania problemu wakatu Stolicy Apostolskiej w oparciu o teologię czy prawo kościelne, lecz rzekome objawienia prywatne, których miał doznawać od 30 marca 1968 roku w El Palmar de Troya w Hiszpanii agent ubezpieczeniowy Clemente Domínguez y Gómez. W widzeniu z 30 września 1969 roku rzekoma Matka Boża z Góry Karmel miała potępić „progresywistyczną herezję Kościoła soborowego”. Według Domíngueza większość kardynałów, biskupów i kapłanów popadła w apostazję, natomiast sam Paweł VI miał być niewinną ofiarą masonerii i komunizmu, które rzekomo przejęły kontrolę nad Kościołem. „Papież” miał być nawet poddawany działaniu środków odurzających i przetrzymywany wbrew swojej woli na terenie Watykanu. Już ten krótki opis pokazuje, jak dalece różnią się założenia obu środowisk. W przypadku palmarian źródłem autorytetu były niezatwierdzone przez prawowitą władzę Kościoła prywatne objawienia i rzekome nadzwyczajne interwencje Boże. To właśnie one miały wskazywać rozwiązanie kryzysu Kościoła. Tymczasem idea Niedoskonałego Soboru Powszechnego nie odwołuje się do żadnych nowych objawień, wizji ani prywatnych przesłań, lecz do zasad teologii katolickiej, prawa kościelnego oraz historycznej praktyki Kościoła. Co więcej, kolejne lata istnienia sekty palmariańskiej przyniosły dalsze odejście od katolickiej Tradycji. Główny architekt soborowej rewolucji, Giovanni Battista Montini, został ostatecznie przedstawiony jako ofiara spisku masonerii, podczas gdy dziś zarówno sekta Novus Ordo, jak i sama sekta palmariańska otaczają go kultem jako „świętego”. Następnie całkowicie zmieniono obrządek liturgiczny, w tym sam ryt Mszy świętej, który został zredukowany niemal wyłącznie do słów konsekracji. Zmodyfikowano również ryt święceń i konsekracji biskupich, co według wielu poważnych autorów stawia pod znakiem zapytania ich ważność. W praktyce oznaczałoby to utratę sukcesji apostolskiej, którą środowisko to pierwotnie posiadało dzięki konsekracjom pochodzącym od abp. Thuca. Mamy więc do czynienia z grupą, która pomimo pewnych wspólnych korzeni związanych z kryzysem posoborowym, nie ma dziś praktycznie nic wspólnego z katolickim tradycjonalizmem w jakimkolwiek jego wydaniu. Tym bardziej trudno zrozumieć próby utożsamiania z nią zwolenników Niedoskonałego Soboru Powszechnego.
Czy sedewakantyzm ma trwać wiecznie?
Jednym z najbardziej zaskakujących zarzutów, jakie miałem okazję przeczytać w komentarzach, było twierdzenie, że biskupi zaangażowani w ideę Niedoskonałego Soboru Powszechnego powinni wystąpić ze środowisk sedewakantystycznych, ponieważ... chcą doprowadzić do zakończenia stanu sede vacante. Naprawdę? Przecież głównym i najważniejszym celem doczesnym każdego sedewakantysty powinno być to, aby pewnego dnia móc powiedzieć: „Habemus Papam!”. Wreszcie mamy Papieża! Czas obecnego kryzysu Kościoła dobiega końca! Alleluja! Powinno to być marzeniem i pragnieniem każdego integralnego katolika rzymskiego żyjącego w okresie przedłużającego się sede vacante. Jeżeli natomiast ktoś pozytywnie chciałby, aby ten stan trwał bez końca, trudno uznać takie stanowisko za zgodne zarówno ze zdrowym rozsądkiem, jak i z katolicką nauką o Kościele. Szatan z pewnością pragnie, aby obecny, bezprecedensowy kryzys Kościoła trwał jak najdłużej; aby Kościół pozostawał zaćmiony, pozbawiony swej widzialnej Głowy, a katolicy byli niczym owce bez pasterza. Takie stanowisko niewiele różni się od twierdzenia Bergoglia, że „Bóg pragnie pluralizmu religii”. Jest to stwierdzenie błędne, ponieważ Bóg nie może pragnąć fałszywych religii jako dobra samego w sobie. Może co najwyżej dopuścić ich istnienie ze względu na wolną wolę człowieka i swoje opatrznościowe zamiary. Istnienie fałszywych religii jest więc skutkiem dopustu Bożego, a nie wyrazem Jego pozytywnej woli. Podobnie jest ze stanem sede vacante trwającym już prawie 70 lat. Może on być dopustem Bożym, ale nie stanem, którego Bóg pragnie na stałe dla swojego Kościoła. Bóg ustanowił swój Kościół na Skale, którą jest św. Piotr i jego prawowici następcy. Bóg jest niezmienny. Dogmatem wiary katolickiej jest, że św. Piotr ma posiadać wiecznych następców w swoim prymacie. Dlatego też koncepcja permanentnego „bezgłowego sedewakantyzmu” wydaje się trudna do pogodzenia z katolicką doktryną o Kościele. Sedewakantyzm jest bardzo poważnym problemem, który powinien zostać rozwiązany, a nie normalnym stanem, w którym Kościół miałby funkcjonować przez kolejne dziesięciolecia, a może nawet stulecia, bez realnych nadziei na rozwiązanie.
Nie można czekać w nieskończoność
Jak mówił bp. Piotr Roy w swoim kazaniu z 1 stycznia 2026 roku, posługując się obrazową alegorią zepsutego autobusu: gdy autobus ulegnie awarii, nie możemy po prostu stanąć obok i czekać, aż pewnego dnia sam się naprawi. Nie możemy również zakładać, że Pan Bóg w sposób cudowny zstąpi z nieba i naprawi go za nas. Trzeba wziąć się do pracy, zakasać rękawy i przynajmniej podjąć próbę rozwiązania problemu. Nie można przez dziesiątki lat siedzieć w namiotach rozstawionych przy drodze, palić ogniska i powtarzać, że kiedyś wszystko samo wróci do normy. Autobus nie ruszy sam z siebie tylko dlatego, że minie kolejnych dziesięć, pięćdziesiąt czy sto lat. Oczekiwanie, że problem rozwiąże się bez jakiegokolwiek działania ze strony ludzi, którym został powierzony obowiązek troski o Kościół, wydaje się równie nierozsądne, jak oczekiwanie, że zepsuty pojazd naprawi się sam. Nikt nie zrobi tego za nas. Z pewnością nie zrobią tego heretycy. Trudno przecież oczekiwać, że osoby, które uznajemy za głosicieli błędu i współtwórców obecnego kryzysu, staną się jednocześnie narzędziem jego rozwiązania. Byłoby to trochę tak, jakby oczekiwać pomocy w naprawie autobusu od dzikich zwierząt krążących wokół obozowiska, przed którymi jednocześnie chronimy się nocą, podtrzymując ogień. Oczywiście sama świadomość problemu nie oznacza jeszcze, że każde proponowane rozwiązanie jest słuszne. Można i należy dyskutować o tym, jakie rozwiązanie jest rozwiązaniem właściwym. Nie można jednak poważnie utrzymywać, że najlepszym wyjściem jest całkowita bierność i oczekiwanie, że kryzys rozwiąże się sam.
Ignorancja czy działanie w złej wierze?
Pisanie zaś złośliwych komentarzy sprowadzających zwolenników Niedoskonałego Soboru Powszechnego do „konklawistów” czy „palmarian 2.0” trudno uznać za poważną polemikę i merytoryczną dyskusję. Jak wykazałem powyżej, zarówno konklawizm, jak i sekta palmariańska opierają się na założeniach całkowicie odmiennych od tych, które przyświecają inicjatywie Unam Sanctam. W jednym przypadku mamy do czynienia z próbą organizowania prywatnych „konklawe”, w drugim zaś z ruchem opartym na rzekomych objawieniach i późniejszych zmianach doktrynalnych oraz liturgicznych. Żadne z tych porównań nie odpowiada rzeczywistości. Oczywiście każdy ma prawo nie zgadzać się z proponowanym rozwiązaniem i przedstawiać przeciwko niemu własne argumenty. Jednak po zapoznaniu się z rzeczywistymi założeniami tej inicjatywy dalsze powtarzanie podobnych oskarżeń można wyjaśnić tylko na dwa sposoby: albo wynika ono z nieznajomości przedmiotu sporu, albo z niechęci do uczciwego przedstawienia stanowiska strony przeciwnej. Innymi słowy, jest to albo ignorancja, albo działanie w złej wierze. Nie oznacza to oczywiście, że każdy krytyk inicjatywy Unam Sanctam działa w złej wierze. Wielu jej przeciwników to bez wątpienia ludzie szczerze zatroskani o dobro Kościoła. Tym bardziej warto jednak, aby dyskusja dotyczyła rzeczywistych argumentów i rzeczywistych propozycji, a nie etykiet, które mają zastąpić rzeczową debatę, piętnując adwersarzy i traktując ich niczym trędowatych.
Kto jest naszym prawdziwym przeciwnikiem?
Jak wiemy, istnieją ostatecznie tylko dwa obozy: Bóg i szatan, Państwo Boże (Civitas Dei) oraz państwo szatana (Civitas Diaboli), o których naucza św. Augustyn z Hippony. Nie istnieje żadna trzecia, pośrednia siła ani całkowicie „neutralne” państwo. Każdy człowiek musi ostatecznie dokonać wyboru. Jeżeli więc wierzymy — a przynajmniej ja szczerze w to wierzę — że inicjatywa Unam Sanctam bp. Piotra Roya jest w istocie wielkim dziełem Bożym, służącym dobru Kościoła, to samo przez się wynika z tego, że będzie ona spotykała się również z oporem i zaciekłym atakiem ze strony nieprzyjaciela rodzaju ludzkiego. Bo ostatecznie największym przeciwnikiem każdego opatrznościowego dzieła, prowadzącego dusze do Boga, pozostaje bowiem nie człowiek, lecz szatan. Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy, którzy dziś krytykują tę inicjatywę – nawet w tak prymitywny sposób – są satanistami, świadomie służą diabłu, albo są opętani lub działają w złej wierze. Wręcz przeciwnie, jestem głęboko przekonany, że ludzie ci najczęściej postępują w dobrej wierze, szczerze broniąc tego, co naprawdę uważają za prawdę katolicką. Wiemy jednak również, że diabeł bardzo rzadko działa w sposób jawny. Nie przedstawia się otwarcie i nie występuje pod własnym imieniem. Najczęściej przybiera pozór dobra, ukrywając się pod maską „anioła światłości”. Istnieje jednak pewna cecha, która często pozwala rozpoznać jego działanie — pycha. To właśnie ona stała się przyczyną jego upadku. Ojcowie duchowni wielokrotnie zwracali uwagę, że szatan potrafi naśladować niemal każdą cnotę. Może podszywać się pod gorliwość, roztropność, a nawet pozorną pobożność. Jest jednak jedna rzecz, której nie potrafi naśladować w sposób doskonały: pokora. Dlatego też, obok samych argumentów, warto zwracać uwagę również na postawy. W sporach dotyczących tak ważnych spraw dla przyszłości Kościoła pytanie nie brzmi jedynie: „Kto ma rację?”, ale także: „Kto jest gotów słuchać?”, „Kto jest gotów podjąć rozmowę?” oraz „Kto szuka przede wszystkim prawdy, a nie zwycięstwa własnego obozu i stanowiska?”.
Michał Mikłaszewski, redaktor naczelny
W święto św. Juliany Falconieri, Dziewicy, AD 2026
Tekst stanowi zbiorową odpowiedź na komentarze pisane tutaj lub na naszym Facebooku, których poziom merytoryczny nie pozwalał na ich publikację. Nie stanowi on osobistej polemiki z żadną konkretną osobą czy stowarzyszeniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz