Cytaty

"Pogodnie przyjmuję krzyż, który mi został ofiarowany, (ale) będziemy walczyć nadal o honor Pana naszego Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła świętego i niepokalanego... i nigdy nie pomylimy go z nową religią, która głosi szczęście ziemskie, uciechy, rewolucję i wolność wszelkich uczynków, która obala mszę, kapłaństwo, katechizm i wszystko, co nadprzyrodzone: to antyteza chrześcijaństwa"
ks. Coache

„Wszelka polityka, która nie jest Tradycją, jest z pewnością zdradą”
Arlindo Veiga dos Santos

„Pro Fide, Rege et Patria” – „Za Wiarę, Króla i Ojczyznę”
_________________________________________________

wtorek, 13 października 2026

Przeciwko antyalkoholowej histerii. W obronie polskich przedsiębiorców i zdrowego rozsądku

Właściciel małego sklepu opuszcza roletę; w tle czynny supermarket i ogródek gastronomiczny

Ilustracja symboliczna: mały sklep zamyka działalność, podczas gdy sklep sieciowy i gastronomia mogą kontynuować sprzedaż w dozwolonym zakresie.

8 października AD 2026 Sejm uchwalił nowelizację ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, która pod pozorem troski o zdrowie społeczeństwa wprowadza kolejne ograniczenia, uderzające zarówno w dorosłych obywateli, jak też w polskich przedsiębiorców. Za przyjęciem ustawy zagłosowało aż 400 posłów, przeciw było zaledwie 29, a czterech wstrzymało się od głosu. Jak widać, w kwestii dalszego ograniczania swobody Polaków i narzucania im urzędowego nadzoru nad własnym życiem zdecydowana większość parlamentu potrafi przemówić jednym głosem, niezależnie od codziennych sporów i deklarowanych różnic politycznych. O spożywaniu alkoholu w świetle tradycyjnej nauki Kościoła katolickiego pisałem już w moim artykule z kwietnia 2022 roku, do którego odsyłam wszystkich zainteresowanych szerszym wyjaśnieniem tej kwestii. Obecnie należy jednak przede wszystkim przyjrzeć się temu, co rzeczywiście uchwalono, kogo nowe przepisy dotkną najboleśniej oraz czyje interesy zostaną w ten sposób niesprawiedliwie uprzywilejowane.

Małe sklepy upadną, lokale zyskają

Najbardziej znanym elementem ustawy jest ogólnopolski zakaz sprzedaży alkoholu przeznaczonego do spożycia poza miejscem sprzedaży, między godziną 22 a 6. Nie obejmuje on natomiast podawania alkoholu do spożycia na miejscu, a więc w pubach, klubach czy restauracjach. Już samo to rozróżnienie pokazuje absurd całego przedsięwzięcia. Człowiek powracający późnym wieczorem z pracy, który chciałby kupić piwo i wypić je spokojnie we własnym domu, zostaje pozbawiony takiej możliwości, podczas gdy ten sam człowiek może udać się do lokalu i spożywać tam alkohol, oczywiście za odpowiednio wyższą cenę. Widocznie, zdaniem ustawodawców, piwo kupione do domu po godzinie 22 stanowi szczególne zagrożenie dla zdrowia publicznego, lecz piwo zamówione o tej samej porze przy barze już nie wymaga takiego zakazu sprzedaży. Samo głosowanie sejmowe nie oznacza jeszcze wejścia tych przepisów w życie; nocny zakaz przewidziano od 1 stycznia 2027 r., a 9 października ustawę przekazano Senatowi do rozpatrzenia. Tym bardziej należy przeciwko temu wystąpić, póki istnieje możliwość powstrzymania tej kolejnej urzędowej ingerencji.

Najdotkliwiej nocny zakaz może uderzyć w małe, prywatne sklepy monopolowe, zwłaszcza całodobowe, których utrzymanie zależy w znacznej mierze właśnie od sprzedaży prowadzonej w godzinach nocnych. Nie sposób uczciwie porównywać ich sytuacji z położeniem wielkich marketów czy rozbudowanych sieci franczyzowych, dysponujących szerokim asortymentem, zapleczem organizacyjnym i znacznie większymi możliwościami dostosowania działalności. Sklep spod znaku zielonego płaza może skrócić godziny otwarcia, zmienić organizację pracy i nadal sprzedawać żywność oraz dziesiątki innych produktów. Dla niewielkiego sklepu specjalistycznego odebranie istotnej części obrotu oznacza natomiast, że przy niezmienionych kosztach utrzymania lokalu, zatrudnienia i pozostałych zobowiązaniach, dalsze prowadzenie działalności może przestać być możliwe. Formalnie wszystkich obejmie ten sam przepis, faktycznie jednak jego ciężar będzie zupełnie różny. To właśnie drobny, niezależny przedsiębiorca znajdzie się w najgorszym położeniu.

Niedaleko mojego domu znajduje się taki właśnie prywatny sklep, otwarty przez całą dobę, zaś tuż obok działa Żabka. Ten prosty, miejscowy przykład pozwala dostrzec znacznie więcej niż ogólnikowe zapewnienia polityków o dobroczynnych skutkach nowych ograniczeń. Obawiam się, że po wprowadzeniu zakazu mały sklep zostanie zamknięty, podczas gdy sąsiedni punkt sieciowy będzie mógł dostosować godziny otwarcia i kontynuować działalność. Za tym pierwszym stoją przecież konkretni ludzie, ich rodziny, oszczędności i lata pracy, a nie jakaś bezosobowa pozycja w urzędowym zestawieniu. Upadek przedsiębiorstwa oznacza dla nich utratę źródła utrzymania, dla pracowników utratę zatrudnienia, a nieraz również pozostawienie zobowiązań, których nie da się już pokryć z bieżących przychodów. Dla części takich sklepów ustawa będzie rzeczywiście gwoździem do trumny. O tej stronie rzekomej troski o społeczeństwo mówi się znacznie mniej, choć właściciel sklepu i jego dzieci należą do tego samego społeczeństwa, którego dobro tak chętnie przywołują ustawodawcy.

Nie chodzi tu wyłącznie o dochód ze sprzedaży piwa, lecz także o zachowanie drobnej, rodzinnej własności, dzięki której człowiek może utrzymywać się z własnej pracy, zamiast być coraz bardziej uzależnionym od wielkich sieci i koncernów. Państwo, które utrudnia przetrwanie takim przedsiębiorstwom, osłabia właśnie tę samodzielność, którą powinno wspierać. Obrona drobnej własności ma więc znaczenie nie tylko gospodarcze, lecz również społeczne.

Nie można również przemilczeć korzyści, jakie z tego rozróżnienia może odnieść część branży klubowo-restauracyjnej. Jeżeli po godzinie 22 obywatel nie będzie mógł kupić alkoholu do domu, a nadal będzie chciał go spożyć, część takich klientów skieruje się do lokali. Pieniądze, które pozostałyby w prywatnym sklepie, trafią więc do właściciela pubu czy klubu, przy czym konsument zapłaci zwykle więcej za ten sam rodzaj napoju. Pozostałe przepisy mogą przysporzyć gastronomii kosztów, jednak w kwestii nocnej sprzedaży ustawa przyznaje jej wyraźną przewagę nad sklepami.

Polskie nazwy, zagraniczni właściciele

Równie poważne, a gospodarczo być może jeszcze bardziej dalekosiężne następstwa przyniesie objęcie piwa generalnym zakazem reklamy. Przepisy przejściowe pozwalają jednak prowadzić reklamę piwa na dotychczasowych zasadach do 31 grudnia 2027 r.; nie należy więc utożsamiać terminu nocnego zakazu z terminem zakończenia tego okresu przejściowego. Przede wszystkim trzeba jednak jasno rozróżnić dwie zupełnie odmienne części rynku: wielkie międzynarodowe koncerny, które przejęły wiele dawnych polskich marek, oraz niezależne browary polskie, rodzinne, regionalne i rzemieślnicze. Tyskie należy obecnie do Kompanii Piwowarskiej, będącej częścią japońskiej grupy Asahi, Żywiec do holenderskiego Heinekena, zaś Okocim do duńskiego Carlsberga. Są to marki posiadające długą historię na ziemiach polskich; sygnowane nimi piwa nadal warzy się w Polsce, a produkujące je browary zatrudniają polskich pracowników. Nie oznacza to jednak, że pozostają one własnością polskich przedsiębiorców. To rozróżnienie jest istotne, gdyż sama znajoma nazwa na etykiecie nie mówi nam jeszcze, kto rzeczywiście posiada daną markę i podejmuje decyzje o jej przyszłości.

Historia tych browarów jest zresztą wyjątkowo bogata. Tyskie Browary Książęce sięgają 1629 roku, a Arcyksiążęcy Browar w Żywcu został założony w 1856 roku przez arcyksięcia Albrechta Fryderyka Habsburga. Do dawnego rodowodu odwołują się również znaki widoczne na opakowaniach: korona i biało-czerwona kolorystyka Tyskiego czy para w krakowskich strojach ludowych na Żywcu, wyraźnie przywołująca polską tradycję i kulturę. Wszystko to budzi przywiązanie, pozwala widzieć w tych produktach część własnego dziedzictwa, coś znajomego i rodzimego. Niestety, w odniesieniu do dzisiejszej własności są to już tylko puste symbole. Pozostała korona, pozostały stroje ludowe i dawne nazwy, podczas gdy same marki znajdują się w rękach japońskiego i holenderskiego koncernu. Historyczny dorobek służy więc nadal ich obecnym właścicielom, którzy korzystają z rozpoznawalności i sentymentu polskich klientów. Tymczasem polskim przedsiębiorcom, usiłującym zbudować własną markę, zamierza się właśnie ograniczyć możliwość przedstawienia jej społeczeństwu.

Utrwalona przewaga koncernów. Zagrożona przyszłość polskich browarów

Zupełnie inaczej przedstawia się położenie takich browarów jak Amber, Kormoran czy Pinta, a także Browaru Zamkowego w Raciborzu, produkującego Raciborskie, oraz Browaru Piotrków, z którego pochodzi Trybunał. Nie wszystkie mają jednakową wielkość, nie wszystkie są rodzinne i nie wszystkie należy określać mianem kraftowych, lecz reprezentują tę część rynku, której nie można utożsamiać z oddziałami światowych gigantów. Rodzinny Amber, regionalny Kormoran czy należąca do pionierów polskiego piwowarstwa rzemieślniczego Pinta pokazują, że polscy przedsiębiorcy potrafią tworzyć własne produkty, rozwijać miejscowe tradycje i zdobywać uznanie klientów. Obok nich istnieją jeszcze mniejsze browary kraftowe, często powstałe z osobistej pasji kilku ludzi, którzy zainwestowali własne środki i podjęli ryzyko prowadzenia działalności. Właśnie ta niezależna, polska część branży jest szczególnie narażona na skutki odebrania możliwości reklamy.

Otóż wielki koncern posiada już to, czego nowy producent dopiero potrzebuje: powszechnie rozpoznawalną markę. Nazwy Tyskie, Żywiec czy Okocim były utrwalane przez dziesięciolecia, znają je zarówno konsumenci, jak też sprzedawcy i właściciele lokali. Zakaz reklamy nie usunie tej rozpoznawalności z ludzkiej pamięci, nie zlikwiduje dotychczasowych kontaktów handlowych ani nie sprawi, że wszyscy producenci zaczną konkurować od początku. Niewielki browar musi natomiast dopiero pokazać, że istnieje, wyjaśnić, czym wyróżnia się jego piwo, i przekonać klienta do spróbowania czegoś innego niż znany od lat produkt koncernowy. Pozbawienie go tej możliwości utrwala przewagę dotychczasowych potentatów. Co więcej, wielki producent może zaoszczędzić część wydatków reklamowych, zachowując przy tym pozycję zdobytą dzięki wcześniejszym kampaniom. Tak właśnie betonuje się rynek, przy pozorach jednakowego traktowania wszystkich.

Dla browaru kraftowego podstawową formą reklamy nie musi być przecież kosztowna kampania telewizyjna, z udziałem znanej osobistości. Często wystarcza możliwość przedstawienia nowego piwa na własnej stronie, Facebooku czy Instagramie, pokazania etykiety, opisania składników i sposobu warzenia, albo zapowiedzenia obecności na festiwalu. W ten sposób niewielki producent dociera do ludzi zainteresowanych jego wyrobami i buduje grono stałych odbiorców. Samo istnienie profilu w mediach społecznościowych nie zostaje automatycznie zakazane, jednak możliwość jego wykorzystania do reklamowania własnego piwa zostaje ograniczona. Nie jest to drobiazg, lecz odebranie jednego z podstawowych sposobów pozyskiwania klientów. Trudno oczekiwać, aby przedsiębiorstwo rozwijało się wyłącznie dzięki temu, że potencjalny nabywca przypadkiem odnajdzie jego produkt, bez wcześniejszej możliwości poznania marki i jej oferty.

Czy kufel bez nazwy browaru służy zdrowiu publicznemu?

Absurd tych regulacji staje się jeszcze bardziej widoczny, gdy przechodzimy do wyposażenia lokali. Dotychczasowy wyjątek dotyczący określonych punktów sprzedaży ograniczono do promocji, wykreślając z niego reklamę. Przepisy przejściowe wymieniają przy tym urządzenia chłodnicze i inne elementy wyposażenia, których oznaczenia służą popularyzowaniu marek napojów alkoholowych. Problem obejmuje więc również kufle, podkładki, parasole w ogródkach czy namioty ze znakami browarów, o ile pełnią funkcję reklamową. Wskazane w ustawie wyposażenie reklamowe, używane już przed jej wejściem w życie, objęto okresem przejściowym do 31 grudnia 2027 r. Późniejsza konieczność usuwania lub zasłaniania oznaczeń, a w części przypadków wymiany wyposażenia, oznacza konkretne wydatki i dodatkowe obowiązki. Należałoby jednak najpierw wyjaśnić, jaki związek z ochroną zdrowia ma obecność nazwy producenta na kuflu, z którego i tak będzie podawane piwo. Czy trunek spożywany z naczynia pozbawionego napisu ma inne właściwości? Czy zasłonięcie znaku na sprawnej lodówce zmniejszy ilość wypijanego alkoholu? W jaki sposób usunięcie podkładki lub zmiana parasola pomoże człowiekowi uzależnionemu? Na takie pytania nie wystarcza odpowiedź, że wszystko czyni się dla naszego dobra.

Również festiwale piwne, będące dla niezależnych producentów ważnym miejscem spotkania z odbiorcami, mogą zostać dotknięte bardzo poważnie. Udział w takim wydarzeniu pozwala przedstawić własne wyroby, zdobyć zainteresowanie klientów i nawiązać współpracę z dystrybutorami czy gastronomią. Jeżeli ogranicza się możliwość reklamowego oznaczenia stoiska, prezentowania marki i publicznego zachęcania do poznania jej produktów, podważa się gospodarcze podstawy całego przedsięwzięcia. Nie potrzeba wcale przepisu mówiącego wprost o zakazie organizacji festiwalu, aby jego funkcjonowanie znacznie utrudnić, a niektóre inicjatywy doprowadzić do zaniku. Niemcy potrafią tymczasem przedstawiać Oktoberfest oraz uczestniczące w nim browary jako element miejscowej kultury, tradycji i atrakcyjności turystycznej. Dlaczego polskie piwowarstwo ma być traktowane tak, jakby należało je ukrywać, zamiast umożliwić mu rozwój i godne przedstawienie własnego dorobku?

Nie można także pominąć autorów blogów, kanałów na YouTube i innych publikacji poświęconych piwu. Niezależna recenzja nie jest automatycznie reklamą, podobnie jak samo wymienienie nazwy browaru nie przesądza o reklamowym charakterze wypowiedzi. Jednakże szeroki zakaz oraz spory o granicę między informacją, opinią i reklamą, mogą skutecznie zniechęcać do publikowania takich materiałów, zwłaszcza gdy autor współpracuje z producentem. Powstaje wówczas sytuacja, w której człowiek opisujący legalny produkt musi przede wszystkim zastanawiać się, czy pokazanie etykiety, pozytywna ocena albo przedstawienie nowości nie narazi go na zarzut naruszenia przepisów. Także bez formalnego zamknięcia wszystkich kanałów i blogów można zniechęcić ich autorów do dalszej działalności i wymusić autocenzurę samą niepewnością, gdzie kończy się dozwolona wypowiedź, a zaczyna naruszenie zakazu.

Komu służą te zakazy?

Wobec powyższego pytanie o to, kto na nowych przepisach skorzysta, jest całkowicie uzasadnione. Opisane już różnice między sytuacją koncernów, sieci handlowych i drobnych przedsiębiorców pokazują, że korzyści i koszty tych zakazów nie rozłożą się jednakowo. Również branża spirytusowa może skorzystać na odebraniu producentom piwa możliwości reklamy, choć rozmiar takiej korzyści będzie zależał od tego, czy konsumenci częściej wybiorą mocniejsze trunki. Należy więc zażądać ujawnienia, kto zabiegał o poszczególne rozwiązania, jakie postulaty branżowe uwzględniono i dlaczego interes najmniejszych polskich przedsiębiorców został potraktowany w taki sposób. Szczytne zapewnienia o ochronie zdrowia nie zwalniają autorów ustawy z odpowiedzi na pytanie, kto poniesie jej koszty, a kto na niej zarobi.

Polska powinna prowadzić politykę sprzyjającą rozwojowi własnych browarów, winnic, miodosytni i producentów cydru, w tym umożliwiać im przedstawianie dorosłym odbiorcom legalnych wyrobów, ich pochodzenia i jakości. Co istotne, Sejm przyjął wyjątki dotyczące określonej komunikacji informacyjno-kulturalnej i wydarzeń związanych z wyrobami winiarskimi, do których zaliczają się również cydry i miody pitne. Nie należy tego przemilczać, gdyż właśnie ten fakt jeszcze wyraźniej pokazuje nierówne potraktowanie poszczególnych dziedzin. Skoro można rozróżnić informację o tradycjach winiarskich od nawoływania do nadmiernego spożycia, to dlaczego nie zastosowano równie rozsądnego rozróżnienia do piwowarstwa?

Francja, Włochy, Portugalia czy Niemcy potrafią wykorzystywać swoje tradycje winiarskie i piwowarskie jako część rozpoznawalności regionów, ich kultury oraz gospodarki. Nawet restrykcyjne przepisy francuskie pozostawiają miejsce na określone formy reklamy i odróżniają je od wskazanych treści dotyczących historii, pochodzenia czy dziedzictwa trunków. Polska również ma własny dorobek, którego nie powinna się ani wstydzić, ani wypierać. Produkcja miodu pitnego, piwa, wina czy cydru wiąże się przecież z pracą sadowników, pszczelarzy i innych dostawców surowców, z miejscową gastronomią, turystyką i zatrudnieniem. Utrudnianie działalności producenta dotyka więc także tych, którzy z nim współpracują. Narodowej gospodarki nie buduje się przez odbieranie drobnym polskim przedsiębiorcom możliwości rozwoju, przy jednoczesnym utrwalaniu przewagi zagranicznych potentatów korzystających z dawnych polskich nazw i symboli.

Umiarkowanie to cnota. Urzędowy nadzór — nie

Nie jest to jednak wyłącznie spór o interesy gospodarcze. Ustawa wyrasta również z coraz bardziej rozpowszechnionego przekonania, że państwo powinno nadzorować niemal każdą dziedzinę życia dorosłego człowieka, rzekomo dla jego własnego dobra. Obywatel ma być nieustannie pouczany, czego nie powinien jeść, czego nie powinien pić, jak ma ogrzewać dom, podróżować, wypoczywać i na co wolno mu patrzeć. Każdą kolejną ingerencję można uzasadnić odpowiednio brzmiącym hasłem zdrowia, bezpieczeństwa lub ochrony środowiska, a każdy sprzeciw przedstawić jako brak odpowiedzialności. W ten sposób władza stopniowo przestaje widzieć w człowieku rozumną osobę, zdolną do kierowania własnym postępowaniem, i zaczyna traktować go jak wiecznego podopiecznego, któremu należy wyznaczać najdrobniejsze szczegóły codziennego życia. Nie jest to bynajmniej wyraz szacunku do obywatela, lecz przejaw rosnącej uzurpacji.

Trzeba tu raz jeszcze przypomnieć zasadnicze rozróżnienie, które szczegółowo wyjaśniłem w przywołanym na początku artykule: Kościół katolicki potępia pijaństwo, nie potępia natomiast samego umiarkowanego spożywania alkoholu. Dobrowolna abstynencja może być godnym pochwały wyrzeczeniem, a dla człowieka, któremu spożywanie trunku grozi powrotem do nałogu, może stać się koniecznym obowiązkiem. Nie wynika z tego jednak, że wszyscy pozostali mają zostać poddani ograniczeniom właściwym osobie uzależnionej. Cnota umiarkowania polega na rozumnym panowaniu nad sobą i właściwym korzystaniu z rzeczy, nie zaś na zastąpieniu odpowiedzialności człowieka urzędowym zakazem. Podobnie nie wolno mieszać porządku moralnego z oceną ryzyka zdrowotnego: sam fakt, że określone zachowanie wiąże się z takim ryzykiem, nie czyni go automatycznie grzechem ani nie dowodzi jeszcze słuszności powszechnego ograniczenia. Gdyby przyjąć taki sposób rozumowania, zakres państwowej kontroli można byłoby rozszerzać praktycznie bez końca.

Nie chodzi o liberalną zasadę, według której człowiekowi wolno wszystko, czego zapragnie, lecz o właściwe rozróżnienie między zwalczaniem rzeczywistego zła a ograniczaniem czynności, które same w sobie są godziwe. Władza również podlega porządkowi moralnemu i nie może usprawiedliwiać dowolnej ingerencji samym zapewnieniem o dobrych intencjach.

Owszem, państwo ma obowiązek chronić porządek publiczny, egzekwować zakaz sprzedaży alkoholu nieletnim, ścigać sprawców przemocy i pijackich awantur oraz reagować na prowadzenie pojazdów po alkoholu. Powinno również zapewniać możliwość pomocy osobom uzależnionym. To są realne zadania władzy, wynikające z troski o dobro wspólne, nie zaś usprawiedliwienie dla dowolnego zastępowania osobistej odpowiedzialności obywateli. Zasada pomocniczości wymaga, aby władza wspierała tam, gdzie jej działanie jest potrzebne, a nie przejmowała każdą decyzję, którą człowiek może podjąć sam. Jeżeli ktoś dopuszcza się przestępstwa lub zakłóca spokój innych, należy rozliczyć właśnie jego. Nadużycia jednych nie dają władzy prawa do traktowania wszystkich pozostałych tak, jakby również oni dopuścili się przewinienia; ograniczenia dotykają przecież także ludzi, którzy nigdy nikogo nie skrzywdzili ani nie zakłócili niczyjego spokoju. Łatwo zakazać sprzedaży w całym kraju; znacznie trudniej wykazać skuteczność w zwalczaniu konkretnych nadużyć.

Należy też zapytać, czy zakaz nocnych zakupów rzeczywiście powstrzyma człowieka zdecydowanego się upić. Alkohol można kupić wcześniej, zgromadzić zapas albo spożyć w lokalu, a więc sama zmiana godziny i miejsca zakupu nie jest jeszcze zmniejszeniem spożycia. Autorzy ustawy powinni wykazać spodziewane korzyści wraz z kosztami i następstwami ubocznymi, zamiast zakładać, że każde nowe ograniczenie jest dobre już przez sam fakt jego wprowadzenia. Zamknięcie sklepu nie stanowi dowodu wyleczenia alkoholika, podobnie jak usunięcie nazwy browaru z parasola nie jest dowodem wzrostu umiarkowania. Może natomiast oznaczać utratę pracy, źródła utrzymania lub możliwości rozwoju przedsiębiorstwa. Nie wolno lekceważyć tych skutków tylko dlatego, że dotyczą ludzi, których łatwo przedstawić jako drugorzędną przeszkodę w realizacji ideologicznego zamysłu.

Prezydent powinien powiedzieć: weto

Dlatego apeluję do Prezydenta Karola Nawrockiego o zawetowanie tej ustawy. Walka z pijaństwem nie usprawiedliwia niszczenia polskiej przedsiębiorczości ani traktowania całego społeczeństwa jak zbiorowości ludzi niezdolnych do rozumnego korzystania z własnej wolności. Poparcie czterystu posłów nie zmienia wadliwego prawa w prawo słuszne, ani nie zwalnia głowy państwa z odpowiedzialności za jego zatwierdzenie. Prezydent ma sposobność stanąć w obronie polskich przedsiębiorców, rodzimej kultury i tradycji oraz zdrowego rozsądku, przeciwko antyalkoholowej histerii, której koszt poniosą przede wszystkim ludzie pozbawieni wpływów wielkich koncernów i zaplecza rozbudowanych sieci. Podpis pod ustawą oznaczałby zgodę na te ograniczenia i ich skutki. Oczekuję więc prezydenckiego weta.

Michał Paweł Mikłaszewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.