Cytaty

"Pogodnie przyjmuję krzyż, który mi został ofiarowany, (ale) będziemy walczyć nadal o honor Pana naszego Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła świętego i niepokalanego... i nigdy nie pomylimy go z nową religią, która głosi szczęście ziemskie, uciechy, rewolucję i wolność wszelkich uczynków, która obala mszę, kapłaństwo, katechizm i wszystko, co nadprzyrodzone: to antyteza chrześcijaństwa"
ks. Coache

„Wszelka polityka, która nie jest Tradycją, jest z pewnością zdradą”
Arlindo Veiga dos Santos
_________________________________________________

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Michał Mikłaszewski: Prawdziwe granice naszej świętej ziemi…


Nie tak dawno temu, bo w czerwcu, jak co roku, obchodziliśmy smutną dla naszych przyjaciół i sąsiadów z Południa rocznicę – mianowicie rocznicę zbrodniczego układu z Trianon. Dla naszych Braci Węgrów jest to rocznica rozdarcia ich Ojczyzny, ogołocenia węgierskiego państwa, rozbicia go i podzielenia na części… Traktat w Trianon to podpisany 4 czerwca 1920 r. w pałacu Grand Trianon w Wersalu traktat pokojowy między Węgrami a państwami ententy: USA, Wielką Brytanią, Francją, Włochami, Rumunią, Królestwem Serbów, Chorwatów i Słoweńców, Czechosłowacją i Polską. W wyniku ustaleń tego traktatu w miejsce Królestwa Węgier powstało państwo węgierskie, Węgry zaś utraciły dostęp do morza, niemal dwie trzecie ludności (pozostało 8 z 21 milionów) oraz dwie trzecie obszaru państwa (pozostało 93 tys. km² z 325 tys. km²). Poza granicami Węgier znalazło się 3,5 milionów Węgrów, głównie w południowej Słowacji i siedmiogrodzkim Seklerlandzie oraz części Wojwodiny. Stanowiło to ⅓ tego Narodu. Konsekwencje tych ustaleń z niewielkimi zmianami pozostają w mocy do dzisiaj. Węgrzy jednak nigdy nie uznali tej zbrodni dokonanej na swoim Narodzie.

Przy okazji tej rocznicy zapadła mi w pamięć jedna, aczkolwiek bardzo ważna, kwestia. Otóż Węgrzy zawsze pokazują tylko jedną mapę swojej Ojczyzny – czyli mapę Wielkich Węgier, w jej prawdziwych granicach, sprzed zbrodniczego traktatu w Trianon. Ta mapa pojawia się wszędzie: na koszulkach, gadżetach patriotycznych, we wszelkiego rodzaju grafikach, logach czy nadrukach. Takiej mapy używają oficjalnie wszystkie organizacje narodowe i patriotyczne na Węgrzech. Używają jej nawet taksówkarze na ulicach Budapesztu! Kiedy tylko rozmawia się z Węgrami, wręcz nie wyobrażają sobie oni używania innej mapy, traktowali by to wręcz jako narodową zdradę! My natomiast tak wiele mówimy pięknych słów o Wielkiej Polsce, jednakże nie potrafimy tak często i tak stanowczo, jak nasi bratankowie z Południa, odwoływać się do naszych prawdziwych granic! Tak często widzę na różnego rodzaju „grafikach patriotycznych”, czy, co jeszcze gorsze, nawet na oficjalnych profilach i grafikach różnych organizacji, a już tym bardziej, co wywołało we mnie dosłownie szok i niedowierzanie, w zestawieniu z mapą Wielkich Węgier, kontury „mapy polski” narysowanej kreską wg. własnego „widzi mi się” przez Stalina i przyklepanej przez Churchilla i Roosevelta w Jałcie… Nie jest to jednak w żadnym tego słowa znaczeniu mapa Wielkiej Polski, czy też w ogóle Polski, gdyż nigdy w historii niepodległe i suwerenne państwo Polskie nie było aż tak okrojone w swoich granicach! Ta mapa jest antytezą polskości i dążeń do Wielkiej Polski, o której tak wiele można usłyszeć… Nie ma żadnego uzasadnienia historycznego, kulturowego, czy etnicznego.

Osobiście czuję raczej wstyd i złość, niż dumę, patrząc na tą karykaturę polskiej mapy. Kresy wschodnie, które zostały nam brutalnie i bezprawnie skradzione, to kwintesencja polskości, rdzennie Polskie ziemie, które dzisiaj znajdują się w obcych rękach, są po prostu zwyczajnie okupowane… Odzyskać Kresy to nie są sentymenty, mrzonki czy nierealne marzenia, ale obowiązek, który spoczywa na nas i na przyszłych pokoleniach Polaków. I nawet jeśli na obecną chwilę może nam się do wydawać mało realne, to czy to nas usprawiedliwia, abyśmy się pogodzili z ich utratą i z obecnym stanem rzeczy, a sami propagowali te okrojone, tak naprawdę obraźliwe dla nas granice, które przecinają na pół naszą matkę Ojczyznę, pozostawiając połowę Polski poza jej granicami? To wstyd i hańba dla każdego prawdziwego Polaka. Powinniśmy brać przykład z naszych Braci Węgrów, którzy, mimo trwającej znacznie dłużej, niż u nas, okupacji ich ziem, nigdy o nich nie zapomnieli i po prostu nie uznają jakiejkolwiek innej mapy ich państwa, niż tylko tą jedną, ze wszystkimi rdzennie węgierskimi ziemiami. Tak samo u nas w Polsce jedyną mapą, jaką powinniśmy uznawać za właściwą i słuszną, jest mapa zawierająca granice wschodnie i południowe z 31 sierpnia 1939 r. oraz zachodnie i północne, zgodne ze stanem obecnym (na Odrze i Nysie Łużyckiej, na Bałtyku i linii oddzielającej umownie Warmię i Mazury od tzw. „obwodu kaliningradzkiego”). Tylko wtedy możemy mówić o Polsce jako o całości, kiedy będzie ona z Polskim Wilnem, Lwowem, Brześciem nad Bugiem, Stanisławowem czy Tarnopolem. Innej Polski nie uznajemy, bo innej Polski po prostu nie ma! Oczywiście uznajemy także całkowicie polskość ziem zachodnich, rdzennie piastowskich, przede wszystkim jako należną nam rekompensatę za II Wojnę Światową, zniszczenia wojenne, lata okupacji, prześladowań i mordów wielu milionów niewinnych Polaków w obozach koncentracyjnych, za zburzoną Warszawę i wszystkie inne poniesione przez nas straty, za które nigdy nie otrzymaliśmy od Niemców ani złotówki… Dlatego mamy pełne prawo do ziem zachodnich, tak samo jak do utraconych ziem wschodnich, przywłaszczonych sobie bezprawnie przez Stalina, a obecnie zajmowanych przez państwa powstałe po rozpadzie ZSRR…

Nie uważam jednak i nigdy nie byłem zdania, że Polska powinna sięgać dalej na wschód, niż w roku 1939, a to dlatego, że dalsze ziemie nie są rdzennie polskie i nigdy nie były zamieszkiwane w większości przez Polaków. Nam nie powinno zależeć na tworzeniu państwa federacyjnego wg. wizji Józefa Piłsudskiego. My chcemy jednolitego państwa narodowego, dlatego granice wschodnie z 1939 roku w zupełności by nam wystarczyły. Trzeba mieć na uwadze że takich własnie granic chciał dla Polski Roman Dmowski, o takie granice walczył on w Wersalu, takich również granic chcieli nasi ideowi poprzednicy – Żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych, do których się odwołujemy. Czasy I RP Obojga Narodów, niestety, bezpowrotnie minęły, a za wschodnią granicą, czy nam się to podoba, czy też nie, urosły silne ruchy nacjonalistyczne i narodotwórcze (niestety najczęściej nam wrogie i agresywne, o tendencjach anty-polskich i szowinistycznych), dlatego granice Wielkiej Polski od morza do morza i aż po Smoleńsk byłyby całkowitą niedorzecznością, osłabiłyby poważnie nasze państwo i narażałyby nas na ostateczny upadek w wyniku nieuchronnej wojny domowej. Ideę międzymorza realizować można i wręcz należy, ale tylko z autentycznymi sojusznikami, jak np. przede wszystkim z naszymi Braćmi Węgrami, nigdy zaś nie z otwartymi wrogami, jakimi są bez wątpienia Ukraińcy i Litwini (a właściwie, historycznie należałoby rzec – Rusini i Żmudzini). Ukraina i tak jest sztucznym tworem, który nie ma naturalnej racji bytu jako niepodległe państwo. Dla nas powinno być w kwestii ukraińskiej istotne jedynie odzyskanie naszych utraconych ziem, a następnie trzymanie rąk z dala od tego nieszczęsnego tworu, jak pisał już ponad 80 lat temu Roman Dmowski…

Czy jednak Polska poradziłaby sobie z mniejszościami narodowościowymi, jakie bez wątpienia pojawiłyby się na terenie naszego państwa? Moim zdaniem, oczywiście, że tak. Po pierwsze, wcale nie byłoby ich aż tak wiele, jak się wydaje. Na terenie województwa lwowskiego, tarnopolskiego czy stanisławowskiego wciąż mieszka bardzo dużo Polaków oraz ludności mieszanej. Wileńszczyzna jest właściwie w większości zamieszkiwana przez Polaków. Ludność na obecnej Białorusi to także w dużej mierze rodziny mieszane, czy też polskiego pochodzenia. Bardzo łatwo można by tę ludność w dużej mierze całkowicie spolonizować. Po drugie, odpowiednie prawa państwowe, które ustanawiałyby w Polsce ustrój narodowy, oparty na zasadach Narodowego Radykalizmu, uniemożliwiłyby tym mniejszościom jakikolwiek realny wpływ na politykę państwową. Państwo Polskie rządzone przez Polaków, polskich patriotów i nacjonalistów, stawiałoby Naród Polski na pierwszym miejscu jako suwerena, natomiast mniejszości narodowe musiałyby się do nas dostosować, ponieważ to my jesteśmy u siebie i my jesteśmy większością we własnym Kraju. Po trzecie, jednostki najbardziej oporne, które nie potrafiłyby się zasymilować i byłyby potencjalnym zagrożeniem dla stabilności państwa i bezpieczeństwa Narodu, byłyby usuwane bez prawa powrotu za wschodnią granicę, gdzie istniałoby przecież, mniej lub bardziej niepodległe, ukraińskie państwo.

Ktoś może się śmiać z tego, co napisałem, twierdząc, że jest to sen wariata… Ja sam nie wierzę, że taki scenariusz jest możliwy w najbliższej przyszłości… Nie wiem nawet, czy sam tego dożyję, choć oczywiście mam taką nadzieję. Jednakże postawmy sobie podstawowe pytanie: czy, jako Polacy walczący o naszą Ojczyznę, możemy pogodzić się z największym upokorzeniem, jakie ją spotkało w całej jej historii, a jakim była niewątpliwie konferencja jałtańska, w czasie której, bez naszej zgody i wiedzy, w ogóle bez pytania nas o zdanie, rozdarto nasz Kraj granicą przez sam środek, wypędzono naszych ojców i dziadów, matki i siostry z ich odwiecznych siedzib, kazano im porzucić ich miasta, domy, szkoły, kościoły czy groby ich, a więc i naszych, przodków, które pozostały tam same, bez opieki i bez pamięci… Pomniki Polskości, zamki, pałace i grody, twierdze warowne, w których nasi przodkowie oddawali swe życia i przelewali krew w obronie Ojczyzny, stoją dziś puste, porzucone lub znajdują się w rękach tych, którzy bestialsko mordowali Polaków na Wołyniu… Ta święta ziemia, przesiąknięta Polską krwią i łzami, woła dziś do nas o pomstę cichym głosem z oddali… Czy możemy pozostawać na to głusi? Walczymy przecież o Wielką Polskę! Ale czy wiemy, o jaką Wielką Polskę walczymy? Ktoś odpowiedział kiedyś w pewnym filmie: „przecież Polska jest tylko jedna…”. I miał rację! Polska jest tylko jedna, taka sama i po tej, i po tamtej stronie Bugu. Jedna i ta sama Polska! Innej nie chcemy, bo innej po prostu nie ma! I tylko o całą walczymy, nigdy nie o połowę czy o ćwierć… Nie zadowalajmy się półśrodkami, nie pozwólmy, aby ktoś obcy nam rysował nasze granice na mapie. Swoje granice tylko sami możemy sobie, krwią własną, wywalczyć! Dziś, kiedy Ukraińcy coraz głośniej upominają się o „oddanie im” „rdzennie ukraińskich ziem” na Podkarpaciu, z Przemyślem i Sanokiem, my powinniśmy również, głośno i wyraźnie, upomnieć się o zwrot naszych, autentycznie rdzennie polskich ziem, ze Lwowem, Stanisławowem i Tarnopolem. Niech żyje Wielka Polska! Niech żyje Polskie Wilno i Polski Lwów!