Cytaty

"Pogodnie przyjmuję krzyż, który mi został ofiarowany, (ale) będziemy walczyć nadal o honor Pana naszego Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła świętego i niepokalanego... i nigdy nie pomylimy go z nową religią, która głosi szczęście ziemskie, uciechy, rewolucję i wolność wszelkich uczynków, która obala mszę, kapłaństwo, katechizm i wszystko, co nadprzyrodzone: to antyteza chrześcijaństwa"
ks. Coache

„Wszelka polityka, która nie jest Tradycją, jest z pewnością zdradą”
Arlindo Veiga dos Santos

„Pro Fide, Rege et Patria” – „Za Wiarę, Króla i Ojczyznę”
_________________________________________________

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Michał Mikłaszewski: Stat Crux dum volvitur orbis. Kościół spłonął — krzyż pozostał

Sanok, 16 sierpnia A.D. 2026. Płonąca świątynia, trudne pytania i obraz, który polskiej pamięci nie może być obojętny

 W nocy z 15 na 16 sierpnia 2026 roku w sanockim Muzeum Budownictwa Ludowego wybuchł pożar. Ogień doszczętnie strawił zabytkowy, XVII-wieczny kościół św. Mikołaja Cudotwórcy, przeniesiony przed laty z Bączala Dolnego. Wraz ze świątynią przepadło niemal całe jej zabytkowe wyposażenie. Spłonęła również znajdująca się nieopodal stodoła, a XIX-wieczna chałupa z Niebocka została uszkodzona. W akcji uczestniczyło blisko 140 strażaków. Jeden z nich doznał poparzenia ręki. Ocalał tylko drewniany krzyż.

 Drewniany krzyż, stojący zaledwie kilka metrów od wejścia do świątyni, pozostał na swoim miejscu. Wokół niego leżały zwęglone belki, resztki dachu i wyposażenia kościoła. Płomienie pochłonęły niemal wszystko, lecz jego oszczędziły.

Kościół, który pamiętam


Sanocki skansen na zdjęciach z rodzinnego wyjazdu w Bieszczady 11 sierpnia 2009 roku
Sanocki skansen — zdjęcia z rodzinnego wyjazdu w Bieszczady, 11 sierpnia 2009 r.

 Ta wiadomość dotknęła mnie również osobiście. Latem 2009 roku, mając czternaście lat, miałem okazję zwiedzić sanocki skansen podczas wakacyjnego wyjazdu w Bieszczady z moim Tatą. Wszedłem wówczas także do tego kościoła. Nie przypuszczałem, że siedemnaście lat później będę oglądał jego zgliszcza. Miałem już czternaście lat, nie byłem więc całkiem małym dzieckiem. Dobrze pamiętam atmosferę tego miejsca: zapach starego drewna, półmrok wnętrza, ciszę zabytkowej świątyni i poczucie zetknięcia się z czymś, co istniało długo przed nami. Takie obrazy pozostają w człowieku, nawet jeżeli przez lata świadomie do nich nie wraca.

 Dzisiaj tamtego kościoła już nie ma. Pozostał na fotografiach, w dokumentacji muzealnej oraz w pamięci tych, którzy mieli szczęście przekroczyć jego próg. Dla mnie pozostanie także częścią wspomnienia wspólnej wyprawy z Tatą — wyjazdu w Bieszczady, podczas którego zobaczyłem wiele miejsc należących do historii tej ziemi. Dlatego nie potrafię patrzeć na ten pożar jak na zwykłą informację o stracie kolejnego zabytku. Spłonęło miejsce, które sam pamiętam.

Świątynia starsza od wielu państw

 Kościół św. Mikołaja Cudotwórcy został wzniesiony w Bączalu Dolnym w 1667 roku. Był późnogotycką, drewnianą świątynią o konstrukcji zrębowej, jednym z charakterystycznych przykładów dawnego budownictwa sakralnego południowo-wschodniej Polski. Był to bezcenny zabytek polskiej kultury. Powstał w czasach, gdy Rzeczpospolita nosiła jeszcze świeże rany po Powstaniu Chmielnickiego i potopie szwedzkim. Później przetrwał kolejne wojny, upadek państwa, rozbiory, obie wojny światowe, okupację niemiecką, wkroczenie bolszewików oraz dziesięciolecia komunizmu. Przetrwał zmiany granic i ustrojów. Przetrwał pokolenia tych, którzy się przed jego ołtarzem modlili, przyjmowali Sakramenty, zawierali małżeństwa, chrzcili swoje dzieci i żegnali swoich zmarłych.

 W latach siedemdziesiątych XX wieku został rozebrany i przeniesiony do sanockiego skansenu, gdzie uratowano go przed zniszczeniem. Nie był już zwyczajnym budynkiem. Stanowił świadectwo katolickiej historii polskiej ziemi i materialny znak ciągłości między kolejnymi pokoleniami. Przetrwał wszystko, co przyniosły mu minione stulecia. Spłonął natomiast teraz — w czasie budowania UkroPolinu. Przypadek? Nie sądzę...

„Seryjny podpalacz” w Sanoku?

 Oficjalna przyczyna pożaru ma zostać ustalona w toku prowadzonego postępowania. Na razie nie przedstawiono ostatecznych ustaleń. Nie mam jednak obowiązku udawać, że pewne skojarzenia nie istnieją. Kiedy zobaczyłem wieczorny obraz płonącego drewnianego kościoła, pierwsza myśl była prosta: „seryjny podpalacz” zawitał do Sanoka? Czy ogień pojawił się przypadkowo? Czy był skutkiem awarii, ludzkiej nieostrożności albo tragicznego zbiegu okoliczności? A może ktoś pomógł mu zapłonąć?

 Pytania te są tym bardziej uzasadnione, że sanocki skansen już wcześniej padał ofiarą ognia. Po wielkim pożarze z 1994 roku mówiono wprost o celowym podpaleniu. Dzisiaj, po ponad trzydziestu latach, ponownie płonie jeden z najcenniejszych obiektów muzeum. I ponownie mamy uwierzyć, że ogień po prostu zjawił się sam?

 Być może tak było. Być może dochodzenie wykaże przyczynę całkowicie przypadkową. Dopóki jednak nie poznamy wyników postępowania, pozostaje otwarte pytanie: czy kościół św. Mikołaja rzeczywiście spłonął przypadkiem? Nie stawiam wyroku. Stawiam pytanie. I nie zamierzam przepraszać za to, że jako Polak potrafię jeszcze kojarzyć fakty, obrazy oraz historyczne doświadczenia własnego narodu.

Obraz, którego Polak nie może oglądać obojętnie

 Widok drewnianego kościoła płonącego nocą na ziemi sanockiej nasuwa skojarzenie, od którego trudno uciec.

Wołyń, rok 1943.

 Płonące polskie wsie. Płonące kościoły i kaplice. Ludzie mordowani w swoich domach, na drogach, w lasach, a nawet podczas Mszy świętej. Ogień, który miał nie tylko zabijać, ale także zacierać ślady polskiej obecności na tamtej ziemi. Nie twierdzę, że pożar w Sanoku jest bezpośrednio związany z tamtymi wydarzeniami ani że znam sprawców, skoro nie wskazało ich jeszcze postępowanie. Nie porównuję także utraty zabytku z bestialskim wymordowaniem kilkuset tysięcy bezbronnych ludzi. Mówię o obrazie i o pamięci. Czy można wymagać od Polaka, aby na widok płonącego drewnianego kościoła na południowo-wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej nie pomyślał o Wołyniu? Czy naprawdę mamy już tak krótką pamięć? Czy również takie skojarzenie należy uznać za niewygodne, niepoprawne i niedopuszczalne? Jest w tej historii jeszcze jeden wymowny szczegół. Spalony w Sanoku kościół św. Mikołaja to ten sam, który „zagrał” w filmie Wołyń Wojciecha Smarzowskiego. Świątynia, której filmowy obraz przywoływał zagładę polskich wsi i kościołów na Kresach, sama stanęła w płomieniach. Osiemdziesiąt trzy lata po ludobójstwie wołyńskim spłonęła naprawdę — na ziemi sanockiej. 

„Nikt nie pyta, każdy zgadł.”

 Widziałem płonącą świątynię i pomyślałem o wydarzeniach sprzed osiemdziesięciu trzech lat. Jest to skojarzenie szczególnie bolesne właśnie dzisiaj, gdy pod pozorem politycznej konieczności próbuje się zbudować UkroPolin — twór oparty nie na prawdzie, wzajemności i uczciwym rozliczeniu przeszłości, lecz na przemilczeniach, emocjonalnym szantażu oraz stopniowym odbieraniu Polakom prawa do własnej pamięci. Mamy zapomnieć o Wołyniu. Mamy nie pytać o kult zbrodniarzy. Mamy nie dostrzegać czerwono-czarnych symboli. Mamy nie przypominać, że do dziś nie odnaleziono i nie pochowano godnie wszystkich ofiar ludobójstwa. 

 Każde niewygodne pytanie ma być natychmiast przedstawiane jako przejaw „nieodpowiedzialności”, „mowy nienawiści” albo działania w interesie obcego państwa. A gdy płonie drewniany kościół, najlepiej również nie zadawać żadnych pytań. Otóż nie! Pamięć nie jest nienawiścią. Pytanie nie jest wyrokiem. Ostrożność nie jest wrogością. Naród, który przestaje pytać o własną historię, bardzo szybko traci również prawo do swojej przyszłości. Czy pożar świątyni w Sanoku był tylko tragicznym zbiegiem okoliczności? Czy był następstwem zaniedbania? Czy może „seryjny podpalacz” rzeczywiście pojawił się tym razem właśnie tam? Nie wiem. Każdy Czytelnik może ocenić to sam. Ostatecznej odpowiedzi powinny udzielić rzetelnie przeprowadzone dochodzenie i przedstawione opinii publicznej dowody.

Spłonęło wszystko, oprócz krzyża

 Z wyposażenia kościoła nie ocalało praktycznie nic. Zachował się jednak drewniany krzyż stojący zaledwie kilka metrów od drzwi całkowicie pochłoniętej przez pożar świątyni. Można oczywiście próbować tłumaczyć to kierunkiem wiatru, temperaturą, wilgotnością drewna albo układem płomieni. Być może któreś z tych wyjaśnień okaże się prawdziwe. Nie zmienia to jednak wymowy obrazu. Wokół krzyża wszystko obróciło się w popiół. Zniknęła świątynia, którą wzniesiono ponad trzy i pół wieku temu. Spłonęły jej ściany, dach i zabytkowe wyposażenie.

 Nie pierwszy raz w historii Kościoła ogień niszczy to, co zbudowali ludzie. Nie pierwszy raz wrogowie Chrystusa są przekonani, że wystarczy zniszczyć świątynię, sprofanować ołtarz, spalić obraz albo usunąć znak wiary, aby pokonać samo chrześcijaństwo. A jednak Kościół trwa nie dzięki drewnu, kamieniom ani muzealnym zabezpieczeniom. Trwa dzięki Ofierze Chrystusa, ponawianej bezkrwawo na katolickich ołtarzach. Trwa dzięki wierze przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Trwa dlatego, że jego fundamentem nie jest człowiek, lecz Krzyż.

 Sanocką świątynię można — i należy — odbudować. Nie będzie to już jednak dokładnie ten sam kościół, który pamiętam z tamtego wyjazdu, z czasów młodości. Nie będzie nosił na swoich belkach śladów kolejnych stuleci, modlitw i ludzkich dłoni. Dlatego odbudowa nie może oznaczać zapomnienia. Trzeba ocalić dokumentację, pamięć o zniszczonym wyposażeniu i prawdę o tym, co wydarzyło się w nocy z 15 na 16 sierpnia 2026 roku. Trzeba również domagać się pełnego wyjaśnienia przyczyn pożaru — bez tematów zakazanych, bez politycznych nakazów milczenia i bez z góry wykluczonych pytań.

Krzyż stoi, podczas gdy świat się obraca

 Świat się obraca. Zmieniają się państwa, granice, sojusze, ideologie oraz polityczne mody. Jednych bohaterów próbuje się strącić z pomników, innych — także tych splamionych niewinną krwią — stawia się na cokołach. Prawdę zastępuje się narracją, pamięć wygodnym przemilczeniem, a roztropność bezmyślnym entuzjazmem. Krzyż jednak stoi. Stał przy kościele św. Mikołaja, kiedy przychodzili tam wierni. Stał, gdy świątynię przenoszono z Bączala Dolnego do Sanoka. Stał także wtedy, gdy wokół szalał ogień. Pozostał, gdy wszystko inne zamieniło się w popiół. Nad pogorzeliskiem pozostał znak Odkupienia.

 Nie wiem, czy mamy do czynienia wyłącznie z niezwykłym zbiegiem naturalnych okoliczności, czy z widzialnym znakiem pozostawionym nam przez Opatrzność. Wiem jednak, że tego obrazu nie wolno zmarnować. W czasach zamętu, fałszu i zbiorowej amnezji ocalały krzyż przypomina, gdzie znajduje się jedyny prawdziwy punkt oparcia. Nie w politycznych sojuszach. Nie w doraźnych interesach. Nie w budowanym ponad głowami narodów UkroPolinie.

W Chrystusie.

Stat Crux dum volvitur orbis — Krzyż stoi, podczas gdy świat się obraca.

Michał Paweł Mikłaszewski
Redaktor naczelny „Tenete Traditiones”

Źródła

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.