Cytaty

"Pogodnie przyjmuję krzyż, który mi został ofiarowany, (ale) będziemy walczyć nadal o honor Pana naszego Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła świętego i niepokalanego... i nigdy nie pomylimy go z nową religią, która głosi szczęście ziemskie, uciechy, rewolucję i wolność wszelkich uczynków, która obala mszę, kapłaństwo, katechizm i wszystko, co nadprzyrodzone: to antyteza chrześcijaństwa"
ks. Coache

„Wszelka polityka, która nie jest Tradycją, jest z pewnością zdradą”
Arlindo Veiga dos Santos
_________________________________________________

niedziela, 17 stycznia 2016

Michał Mikłaszewski: Polska albo będzie Wielka, albo nie będzie jej wcale.


Polska albo będzie Wielka, albo nie będzie jej wcale. Niektórych zdziwić może, że jako nacjonalista, w tytule swego artykułu cytuję Józefa Piłsudskiego. Otóż było to z mej strony działanie całkowicie świadome i zamierzone. Każdy w końcu może czasem powiedzieć coś mądrego, nawet człowiek o tak marnym życiorysie i charakterze jak Józef Piłsudski.

Otóż w jego znanym powiedzeniu, że „albo Polska będzie wielka, albo nie będzie jej wcale”, jest ukryty bardzo głęboki i ważny, szczególnie z naszego punktu widzenia, jako Polskich Narodowców, sens, że na kraj byle jaki w tym miejscu świata po prostu nie ma miejsca. Dziś jednak bardzo często mówi się jedynie o Wolnej Polsce, pomijając celowo lub nie przymiotnik „Wielka”. Wiadomo, że aby Polska była Wielką, najpierw musi być ona prawdziwie wolną. I o to przecież cały czas walczymy, żeby odzyskać utraconą suwerenność. Polska jednak musi być Wielką Polską! Inaczej rzeczywiście nie będzie jej wcale. Polska znajduje się w takim położeniu geopolitycznym, które zwyczajnie wymusza na nas „mocarstwowość”…

Zastanówmy się najpierw czym jest owa „mocarstwowość”, czy też jak się to dziś często określa – „imperializm”. W dzisiejszych czasach, zwłaszcza w związku z ostatnimi wydarzeniami za naszą wschodnią granicą, jest to słowo bardzo często używane, powtarzane wręcz jak mantra przez wszystkie mainstreamowe media i polityków, najczęściej w znaczeniu pejoratywnym, podejrzewam, jednak że mało kto w ogóle wie i rozumie, co ono oznacza. Imperializm, w najprostszy sposób wytłumaczyć można tak, że państwo, które nie jest imperialne, ma coś do powiedzenia tylko u siebie (jeśli oczywiście jest niepodległe), państwo zaś, które jest imperialne, ma coś dopowiedzenia także u swego sąsiada. Widzimy, jaką politykę stosują wobec nas, i to od wielu wieków, zarówno Niemcy, jak i Rosja. Oba te państwa są imperialne, stosują politykę imperialną, i to nie tylko wobec Polski, ale także wobec wielu innych państw. Jest to oczywiście całkowicie naturalne i zrozumiałe, gdyż wynika to z ich przynależności do cywilizacji bizantyjskiej czy też bizantyjsko-turańskiej (w przypadku Rosji), która zakłada nieustanną ekspansję poprzez podbój. Jeśli jednak pozostaniemy wobec tego bierni, niestety nie będzie to z pożytkiem dla nas. Historia już nie raz nam to udowodniła, czym kończy się bierność wobec obcych nam interesów zarówno Niemiec, jak i Rosji. Polska niestety nie jest Hiszpanią, czy Wielką Brytanią, które to państwa istnieją ze względu na swe położenie geograficzne w pewnej niezależności i autonomii, i nie muszą się obawiać rozbiorów ze strony dwóch agresywnych sąsiadów. Gdybyśmy mogli jak się to kolokwialnie mówi spakować manatki i wynieść się stąd na przysłowiowy Madagaskar, z pewnością wiele by nam to ułatwiło… My jednak nie możemy, ani też nie chcemy tego uczynić! Jesteśmy stąd i jesteśmy u siebie, musimy więc bronić swych interesów. Polska ma w tej sytuacji tylko dwa wyjścia, a mianowicie: albo dogadać się z którymś z sąsiadujących z nią imperiów, co będzie zawsze oznaczało przynajmniej częściowa utratę suwerenności, albo samemu stać się imperium. Nie ma trzeciej drogi. Jeśli tego nie uczynimy, prędzej czy później czeka nas powtórka z roku 1939.

Drogi do budowy „Imperium Polskiego” są również dwie, z czego jedna jest zdecydowanie bardziej właściwa od drugiej. Pierwszą drogą jest odbudowanie pełnej potęgi I Rzeczypospolitej, czyli Polski takiej jaka była przed rozbiorami. Jest to droga maksymalnej ekspansji na wschód, zagarnięcia jak największego terytorium, aż po Smoleńsk, i przez to stanie się jednym z największych, jeśli nie największym, przynajmniej pod względem terytorialnym, państwem w Europie. Wiązałoby się to oczywiście z „przygarnięciem” ogromnej ilości różnych mniejszości narodowych (przede wszystkim Ukraińców), z którymi za bardzo nie byłoby co zrobić. Trzeba by więc utworzyć państwo o charakterze federacyjnym, co znacząco już na starcie by nas osłabiło i uniemożliwiłoby stworzenie Państwa Narodowego, zgodnego z ideą Narodowego Radykalizmu.

Drugą drogą do budowy imperium, jest droga poprzez utworzenie go nie jako wyłącznie jedno państwo, lecz jako związek, koalicję kilku państw. Oczywiście ta droga nie wyklucza odzyskania naszych bezprawnie utraconych po II wojnie światowej terenów na wschodzie, wręcz przeciwnie. Uważam to za rzecz konieczną, aby Wilno i Lwów weszły w przyszłości na powrót w granice w pełni odrodzonego państwa polskiego. Jednak koncepcja ta nie zakłada dalszej ekspansji (która byłaby zbędna, i przyniosłaby więcej szkody niż pożytku), a budowę sojuszu państw o podobnym charakterze w Europie środkowo-wschodniej. Z kim jednak mielibyśmy budować ten sojusz? Na pewno nie z tymi, z którymi stoi w całkowitej sprzeczności nasz polski interes narodowy. Do takich zaliczyć należy na pewno Litwinów i Ukraińców. W przypadku Białorusinów sprawa jest niejasna i sporna, bo jest to Naród niezwykle podzielony i niejednolity, gdzie mieszkają i Polacy, i Rusini, i Rosjanie, a i bardzo wielu o wymieszanych korzeniach. Stąd i różne jest ich podejście do Polski i do Polaków. Część z nich pragnie powrotu do Macierzy, a część chciałaby nam np. odbierać Podlasie…

Sojuszników musimy więc szukać gdzie indziej. Gdzie? Odpowiedź jest nadzwyczaj prosta – oczywiście na Węgrzech! To właśnie przede wszystkim Węgry są naszym naturalnym sojusznikiem. Tak było, jest i będzie. Polska z nikim innym nie miała nigdy tak dobrych stosunków. Węgry są jedynym państwem w tej części Europy, z którym nigdy w historii nie prowadziliśmy wojny! Węgrzy są rzeczywiście prawdziwymi Bratankami, przyjaciółmi Polaków. Przedwojenny premier Węgier Pál Teleki, wielki przyjaciel Polski, pisał do Adolfa Hitlera w 1939 r.: „Prędzej wysadzę nasze linie kolejowe, niż wezmę udział w inwazji na Polskę”. Odmowa współpracy z III Rzeszą w napadzie na Polskę 1 września 1939 r. rozwścieczyła Hitlera. Gdy Niemcy wkroczyli na Węgry półtora roku później, premier Teleki popełnił samobójstwo. Podobne słowa z ust współczesnego węgierskiego premiera słyszymy także i dziś… Takie przykładów można by zresztą mnożyć, i myślę, że nikogo nie muszę za bardzo przekonywać do tezy, że Węgry są naszym odwiecznym i naturalnym sojusznikiem.

Poza Węgrami oczywiście Czesi i Słowacy, to nasi najlepsi sojusznicy i przyjaciele. Są to państwa Słowiańskie, o podobnym nam języku, kulturze, tradycji, obyczajach. Są to także na razie nasi jedyni południowi sąsiedzi (choć w przyszłości trzeba będzie pomyśleć o przywróceniu granicy z Węgrami, gdyż to właśnie ta granica uratowała Rząd II RP i wielu innych Polaków w 1939 roku). Mamy z nimi naprawdę bardzo wiele wspólnego, dlatego też trzeba dokładać wszelkich starań do naprawienia i umocnienia tych relacji. Zarówno Czesi, jak i Słowacy nie mają też raczej niczego do nas Polaków, ani też my do nich. Nie ma żadnych wzajemnych pretensji, urazów, czy też niewyleczonych ran. Oczywiście można by się tu sprzeczać o szczegóły, jak np. Zaolzie czy granica Polsko-Słowacka w Tatrach, ale nie są to na tę chwilę kwestie aż tak istotne. W obecnej sytuacji trzeba zjednoczyć wszystkie siły w walce o odnowę Polski i Europy. Trzeba się jednoczyć przeciw naszym wrogom, zarówno z zachodu, jak i też ze wschodu. Z jednej strony mamy bowiem rozkładający Narody Europejskie demoliberalny byt zwany „Unią Europejską”, będący w rzeczywistości protektoratem niemieckim, oraz pro-izraelskie USA i NATO, a z drugiej strony mamy coraz bardziej agresywny, post-banderowski nacjonalizm ukraiński, oraz putinowski post-komunizm, dążący do odbudowy wpływów dawnego ZSRR. Wszystko to jest przeciwne i wrogie naszym, polskim interesom jako Narodu i jako niepodległego Państwa.

W tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego, jak utworzenie silnego bloku państw środkowej Europy, państw tzw. „Grupy Wyszehradzkiej”, pod przewodnictwem Polski, który stanie się realną przeciwwagą wobec sąsiadujących z nami bloków – atlantyckiego i euroazjatyckiego.

Jest to znana już od dawna idea Międzymorza-ABC (Adriatyk, Bałtyk, M. Czarne). Do bloku tych państw mogłyby dołączyć w przyszłości także kraje dawnej Jugosławii czy też Rumunia. Idea ta, popularna w naszym ruchu przed wojną, jest niezwykle aktualna także i dziś, może nawet bardziej niż wtedy. Dziś bowiem jesteśmy ze wszystkich stron otoczeni przez wrogie nam obozy, i nie mamy żadnej alternatywy we współczesnej Europie. Nie bylibyśmy w stanie zawrzeć nawet tak egzotycznych sojuszy, jak przedwojenny sojusz z Francją i Wielką Brytanią (którego skutki zresztą dobrze znamy…), bo oba te kraje również są obecnie częścią UE. Jedynym rozsądnym dla Polski wyjściem jest wprowadzenie tej idei w życie!

Oczywiście, dopóki nasza walka o prawdziwie wolną i suwerenną Polskę wciąż trwa, a władzę w państwie sprawują mniej lub bardziej „patriotyczne” rządy na usługach Berlina czy też Waszyngtonu, to możemy sobie jedynie gdybać nad tym, co będzie w przyszłości. Jednak te rozważania są niezwykle potrzebne, abyśmy wiedzieli, z kim mamy zawierać sojusze, bo te sojusze tworzyć trzeba już teraz! Podwalinami bowiem pod przyszłe sojusze państwowe są dziś szeroko rozumiane sojusze między naszymi Narodami, Polskim i Węgierskim, między nacjonalistami z Polski i Węgier, między naszymi organizacjami w Polsce i na Węgrzech itp. itd. Jeż to też praca u podstaw, odbudowywanie świadomości narodowej Polaków i innych Narodów tej części Europy, w celu osiągnięcia ostatecznego zwycięstwa.

Jest to także i przede wszystkim tworzenie pewnej wizji, pewnego planu, jak ta odrodzona Polska będzie wyglądać. Ne możemy sobie pozwolić na bylejakość, nas na to nie stać. Za dużo już było bylejakości w naszej historii… Teraz odwołać się należy raczej do lat tryumfu, wielkości i chwały Najjaśniejszej Rzeczypospolitej! Jest to niezwykle ważne i wręcz koniecznie potrzebne, abyśmy nie szli po omacku, tylko wiedzieli jasno dokąd idziemy i jaki jest nasz cel. I nieważne czy osiągniemy go za lat 5, 15 czy nawet 50… Kiedyś na pewno go osiągniemy! Bez tej wiary, bez bezgranicznej wiary w osiągniecie obranego przez nas celu, nasza walka nie miałaby w ogóle żadnego sensu. A naszym celem jest Wielka Polska!


Michał Mikłaszewski


Za: https://kierunki.info.pl/2016/01/michal-miklaszewski-polska-albo-bedzie-wielka-albo-nie-bedzie-jej-wcale/